sobota, 26 sierpnia 2017

[04] Gdzie są Czarni?

    Evelyn po długiej podróży dotarła do niewielkiego miasteczka kupieckiego. Był tutaj duży targ z najróżniejszymi towarami z całego kraju, a także zagraniczne przyprawy i pożądana przez wszystkich kawa. Znajdowały się tutaj niewielkie budynki o różnych kolorach w ogóle nie pasując do tutejszego północnego, chłodnego klimatu.
    Dziewczyna nie zwróciłaby nigdy uwagi na tą wioskę, gdyby nie wypełniało jej zmęczenie i obecność sześcioletniego dziecka, które obiecała zaprowadzić do Esboro.
    Kate była niezwykle spokojnym, ale ciekawskim dzieckiem. Jej ciągłe pytania męczyły swoją przyszywaną opiekunkę, która po pewnym czasie zaczynała żałować, że dała się ponieść emocjom, zamiast zostać z Johnem.
    Przechodząc obok straganu z owocami, Kate ruszyła w jego stronę. Eve szybko ją złapała, gdy ta się oddaliła.
- Hej, nie możesz tak odchodzić.
- Jestem głodna. - wskazała na ciasto z nadzieniem jabłkowym, a jej dziecięcy wzrok pożądania dał wyraźnie do zrozumienia, że będzie marudzić pół dnia, gdy go nie dostanie.
    Eve sprawdziła kieszenie, znalazła jedynie kilka srebrników przeznaczonych na dzisiejszy nocleg.
- Tam gdzie będziemy nocować robią o wiele lepsze ciasta niż to. No, ale nie możesz sobie pozwolić na oba. - skłamała chcąc oszczędzić trochę pieniędzy.
- A jakie mają ciasta? - zapytała z podekscytowaniem w głosie.
- Em.. cytrynowe... czekoladowe! - pstryknęła palcami przypominając sobie, jak bardzo kochała czekoladę będąc dzieckiem.
- Taaak! Chcę ciasto czekoladowe. O, a będzie z orzechami? Albo rodzynkami? Może będzie z biszkoptem? Lubisz słodycze? Brat przynosił mi kiedyś takie różowe cukierki, ale smakowały jakoś dziwnie...
     Evelyn westchnęła cicho czując, że ten dzień będzie trwać w nieskończoność.

     Dziewczyna po przechadzce po mieście szybko zorientowała się, że dobrze trafiły. W większości mieszkań można było wynająć pokój. To miasto żyło dzięki przejezdnym, solidnej karczmy także nie brakowało. Tym razem musiała się obyć bez tego, a znaleźć ciepły kąt dla siebie i młodszej kompanki.
      Zatrzymały się przed starym budynkiem, którego zapewne nie remontowano odkąd Król Rebeliantów wygrał wojnę z zamorskimi sąsiadami Voprain.
       Dziewczyna zapukała, po chwili odpowiedział jej głos małej Kate.
- Może nikogo nie ma w domu.
- Sprawdźmy. - nacisnęła klamkę, a drzwi otworzyły się. Weszła nieśmiało do środka, a po przejściu kilku kroków usłyszała niewyraźne głosy z pierwszego piętra. Postanowiła więc przełamać lody i przywitać się z właścicielami.
- Nie powinienem był cię słuchać, jak ty to sobie wyobrażałaś?! - słyszała wyraźnie kłótnię będąc już na górze.
- Naprawdę nie wiedziałam, że..
- Najlepiej powinnaś wyjechać do tej swojej matki i dać mi święty spokój!
- Przepraszam? - wtrąciła delikatnie Eve stojąc w przejściu.
- Czego? - odpowiedział typ po czym się odwrócił. Był cały purpurowy na twarzy, a jego żona ocierała łzy z policzków. - No nie... kolejne przejezdne gęby, jakby was było mało.
- Nie chciałyśmy przeszkadzać w kłótni.
- No już.. czego chceta? Pić? Jeść? Srać? Zawołam córę i się wami zajmie. Lisa!
- Myślę, że już umiemy się samodzielnie załatwiać. Szukamy noclegu, o świcie już nas nie będzie.
- To szukajcie, gdzie indziej, w tej ruderze nawet szczury nie chcą mieszkać.
- Bardzo dobrze, nie przepadamy za nimi.
- Wołałeś mnie? Kolejni przejezdni? - wpadła dziewczyna na oko w wieku Eve, córeczka miłego gospodarza.
- Taaa... chcą tutaj spać, ale nie mamy miejsc.
- Jak to nie? Za dwa srebrniki wynajmę wam mój pokój. - oznajmiła Lisa.
- Dwa srebrniki? - Eve uniosła brwi. - Za tyle mogę pić przez trzy dni.
- Dwa srebrniki i dorzucę wam ekstra koc. Okna są nieszczelne, a w nocy zimno...
- Dorzuć jeszcze ciepłą herbatę i umowa stoi.
- Zgoda. Zapraszam na górę.

*
     Nastała noc, a gwieździste niebo pojawiło się nad stolicą. Ogromny królewski ogród prezentował się magicznie o tej porze roku. Woń kwiatów dawała przyjemny zapach, lampy rozwidlały ścieżki między drzewami, pełnia księżyca i dźwięk świerszczy. Ta noc należała do tych magicznych. 
Księżniczka Jennifer Anne wymknęła się w tajemnicy przed służbą, by spotkać się na osobności ze swym wybrankiem Albertem Vanderbiltem. 
- Ktoś cię widział, Pani? - zapytał widząc piękną dziewczynę o długich czarnych włosach i płaszczu do kostek pod którym najpewniej schowała koszulę nocną. 
- Nie, wszyscy myślą, że śpię. 
- To dobrze. - uśmiechnął się i pogłaskał dziewczynę po policzku. - Mam coś dla ciebie. - oznajmił i wyciągnął małe pudełeczko z marynarki. Otworzył je śmiałym ruchem tuż przed dziewczyną. 
- To.. kamień. 
- Nie byle jaki kamień. To kamień szlachetny przywieziony z Rendannu w 1370 roku. Miejscowi wierzą, że przynoszą szczęście... zwłaszcza w miłości. 
     Na policzku Jennifer pojawił się rumieniec. 
- Albert, dałeś mi tyle pięknych rzeczy ja... 
- Zależy mi na tobie, chcę cię obdarowywać, a to dopiero początek. - uśmiechnął się i uniósł jej dłoń. - Gdy się pobierzemy obdaruję cię czymkolwiek będziesz chciała, wszystko by cię uszczęśliwić. 
- Z tego, co wiem nasze rodziny są dopiero w trakcie rozmów o naszym ślubie, a ojciec nadal rozgląda się za kandydatami do tronu. - skłamała, uwielbia być rozpieszczana i po części chciała by Albert stał się zazdrosny. Marzyła jej się miłosna historia, gdzie mężczyzna wskoczy w ogień za swoją miłością.Chciała być zdobywana i obdarowywana. Była romantyczką i marzycielką. 
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy bym to ja trwał u twojego boku. - pocałował jej dłoń, a dziewczynę przeszedł przyjemny dreszcz. 
- Kto tam jest? - usłyszeli głos z oddali. 
- To strażnik. Uciekajmy stąd. - zaśmiała się Jen i pociągnęła za sobą chłopaka. To tutaj. W tym ogrodzie narodził się romans, który nie powinien nigdy zaistnieć. 

*
     Evelyn podciągnęła koc do samej szyi, starając się ignorować chłód. Od dłuższego czasu wpatrywała się w sufit. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła przychodząc tutaj, a co ważniejsze zostawiając swojego przyjaciela dla dziecka, którego nawet nie znała. Zakon by się nią zaopiekował, pomyślała. 
     Czarna Straż zabijała złych, a pomagała cywilom. Tak było od zawsze, ale wszyscy słyszeli tylko o morderstwach. Eve liczyła, że odprowadzenie dziewczynki przysłuży się jej bractwu, zostanie pochwalona i nagrodzona. 
     Spojrzała na przytuloną do koca Kate, nie spała, ich spojrzenia szybko się spotkały. Miała w nich obecny smutek, choć nie okazywała tego. Była silnym dzieckiem. Przez chwilę Evelyn zaczęła widzieć w niej siostrę. Widziała w niej predyspozycje do dołączenia do Czarnej Straży, pomimo tak młodego wieku. 
- O czym myślisz? - zapytała dziewczynka. 
- Zastanawiam się czy John dotarł już do Awen. 
- To twój chłopak? 
    Eve zaśmiała się cicho. 
- John jest moim bratem, nie takim rodzonym, ale wciąż bratem. 
- Moja ciocia mówiła, że takie dzieci rodzą się z grzechu i są bąkami?
- Bękartami. - poprawiła. - To nie tak.. my mamy różnych rodziców, nie łączą nas więzi krwi. Po prostu... wychowaliśmy się razem i traktuję go jak brata. 
   Młodej coś zaświtało. 
- Znaczy, że my też możemy zostać siostrami? - podniosła się a na jej twarzy pojawił się uśmiech. 
- Cóż.. to będzie dosyć problematyczne, skoro odstawiam cię w Esboro i wracam do siebie. Do Awen. 
- Możesz zamieszkać ze mną i moim bratem. Taty nigdy nie ma w domu, więc możesz zająć jego pokój. Jest niewielki, ale nie zajmujesz dużo miejsca więc...
- Spokojnie.. - przerwała jej. - Na razie mam na głowie inne rzeczy, ale jeśli będę przejeżdżać chętnie do was wpadnę na dzień lub dwa.  A teraz musimy się wyspać. Jeśli chcemy być jutro na miejscu, musimy wyruszyć o świcie. 
     Kate pokiwała głową i zamknęła oczy. Nie mogła zasnąć, wciąż miała w głowie obraz palenia czarownic i śmierć jej krewnej. Tak naprawdę czuła ulgę, nigdy nie lubiła ciotki, a ojciec zmusił ją do pomieszkiwania w zakonie. W końcu mogła wrócić do domu i cieszyć się życiem z bratem jak kiedyś. 
     Po kilkunastu minutach poczuła burczenie w brzuchu. Eve nie dała jej obiecanego ciasta, więc postanowiła sama sobie je wziąć i nikomu nie mówić. Gdy Evelyn wyglądała na śpiącą, ostrożnie wstała i po cichu udała się do wyjścia. Starała się otworzyć drzwi tak by nie skrzypiały, zostawiła je otwarte i wyszła. Bardzo ostrożnie szukała kuchni na aktualnym piętrze, ale znalazła tylko coś w rodzaju spiżarni. 
     Było tutaj mnóstwo skrzynek, słoików, pudełek i beczek. Jej oczom ukazał się kawałek sernika na najwyższej półce. Jako sprytne dziecko przesunęła krzesło, a następnie wspięła się na blat. Próbowała sięgnąć ręką po ciasto, ale wciąż było za wysoko. Stanęła na palcach powtarzając czynność. 
     Poczuła coś na kształt talerza i pociągnęła go opuszkami palców. Zrobiła to jednak nieumiejętnie, a talerz przesunął słoik, który spadł prosto na podłogę. Rozbił się robiąc mnóstwo hałasu, co wystraszyło dziewczynkę. Miała w głowie konsekwencje, które ją spotkają. Postanowiła wziąć ciasto, uciec i schować się pod kocem. 
    Trzymając ciasto w dłoni, próbowała zejść na krzesło. 
- Kate? Co ty tu robisz? - usłyszała głos Evelyn. Wystraszyła się, przez chwilę nawet pomyślała, że przez to co zrobiła dziewczyna ją tutaj porzuci. Schowała więc ciasto pod koszulkę i odwróciła się w jej stronę. 
- To nie ja... 
- Nieważne, chodź tu. - podeszła do niej i pomogła jej zejść. 
     Do pomieszczenia wpadł gospodarz ze świecą w dłoni. Gotował się ze złości.
- Kto wam pozwolił tu wejść?! Okradacie mnie?! 
- Nikt nic nie kradnie, mała się zgubiła, szukała wychodka. 
- A co ma pod koszulką? - przyświecił wprost na nią. 
- Zapewne nic, jeszcze nie zaczęła dojrzewać. 
- Dawaj mi to. - podszedł do Kate i podniósł ją za koszulkę z której wyleciało spłaszczone ciasto. Rozpłakała się. 
- Nie waż się jej dotykać! - Eve pchnęła go, a on upuścił dziecko, które wpadło w histeryczny płacz. 
- Kradzież i próba pobicia, tak?! - wygrażał palcem. - Lisa! Biegnij po milicje, już! 
- Wow, spokojnie. Nie chcemy problemów. 
- To trzeba było się zająć bachorem! Złodziejki pierdolone.. Lisa!
- Dogadajmy się. 
- Dogadasz się z władzą i zapłacisz za wszystkie szkody. 
     Eve parsknęła śmiechem. 
- Mam upiec nowe ciasto?
- Stul pysk. - gospodarz zamachnął się dłonią w stronę Eve, ta jednak szybko złapała go za rękę i obezwładniła. Przywarła go do ściany, a on próbując się bronić wymachiwał zapaloną świecą za siebie. Evelyn uderzyła kolanem w podstawkę na świece wytrącając ją z dłoni napastnika. Upadła na podłogę i sturlała się pod beczki. 
- Kate, ucieknij stąd, schowaj się z dala od tego domu i czekaj na mnie. Z nikim nie rozmawiaj. 
     Dziewczynka posłuchała i wybiegła ocierając łzy. Eve uderzyła palanta, kiedy próbował się wyrwać. Chwilę później odwróciła głowę czując dym. Beczki zaczęły się palić, a to nie wróżyło dobrze ani jej, ani drewnianemu domowi. 
     Gospodarz wykorzystał moment nieuwagi i odepchnął dziewczynę, następnie uderzył ją w twarz i pchnął w stronę blatu. Próbowała się bronić, gdy ten złapał ją za szyję i próbował dusić. Eve chwyciła go mocno za nadgarstki i odciągała od swojej szyi. 
      Nic jej to nie dało, on okazał się silniejszy. Jeździła dłońmi po blacie, aż złapała za kubek i uderzyła napastnika z całej siły w głowę. Ten przez chwilę nie wiedział, co się dzieje. Eve odepchnęła go i ruszyła w stronę wyjścia. Wolała uciec niż walczyć i spłonąć. 
     Tuż za drzwiami złapał ją za włosy i przycisnął mocno do siebie. Objął jej szyję przedramieniem i ponownie dusił. Tam razem użył więcej siły, a dziewczyna im bardziej próbowała się oswobodzić tym nacisk był większy. 
     Powoli traciła siły, dusiła się. Wyciągnęła swój sztylet schowany za paskiem spodni i zdecydowanym ruchem wbiła mężczyźnie w plecy. Nie chciała tego robić, ale zginęłaby. 
     Po korytarzu rozległ się donośny krzyk. Eve brała głębokie wdechy tuż po oswobodzeniu. Gość upadł na podłogę i zaczął wyć z bólu. Dziewczyna złapała go za nogawkę i zaczęła ciągnąć w stronę schodów, nie chciała żeby spłonął. Ogień zajął całą spiżarnie i niszczył ściany rozprzestrzeniając się na resztę domu. 
    Gospodarz jednak nie wyczuł intencji dziewczyny i zaczął ją kopać. Pozwoliła sobie jeszcze przez kilka metrów, ale jej cierpliwość się skończyła. Porzuciła faceta i wybiegła z domu. 
    Tam spotkała dwóch milicjantów zmierzających w jej kierunku. Mogła uciec zaczynając pościg lub liczyć na szczęście. Pobiegła w stronę dwóch mężczyzn. 
- Pomocy! Tam jest ranny facet! - mówiła z przejęciem i łzami w oczach. - Wybuchł pożar, ja.. nie mogłam mu pomóc...
     Milicjant kiwnął głową by ten drugi poszedł do środka. 
- Spokojnie... Jak się nazywasz? 
    Eve wzięła głęboki wdech. 
- Fabiena Ruther. 
- Dobrze, Fabiena idź do świątyni, tam jest reszta osób. Wezwaliśmy lekarza, poczekaj na niego. 
   Pokiwała głową i posłuchała polecenia milicjanta, przynajmniej póki nie zniknął w budynku. 
   Szybko otarła udawane łzy i ruszyła w poszukiwaniu swojej kompanki. 
- Kate? Kate? - wołała nie słysząc odpowiedzi. Widziała za to, jak nadjeżdża powóz z beczkami wody w stronę płonącego budynku. 
   Nagle Eve zobaczyła biegnącą Kate w swoim kierunku. Rzuciła się na nią i wtuliła się mocno w jej nogi. 
- Myślałam, że cię już więcej nie zobaczę. - powiedziała łamiącym się głosem. 
- Nie łatwo się mnie pozbyć. Uciekajmy już. - odpowiedziała Evelyn, po czym obie wybiegły z miasteczka. 


*


     Zza ściany dobiegały niepokojące głosy, stukanie metalowym narzędziem po rurach, szyderczy śmiech. John wiedział, że zaraz ktoś do niego przyjdzie, wymierzając sprawiedliwość za wszystkie jego grzechy, które mógł odpokutować tylko własną krwią.
      Ze względu na ranę w udzie, spowodowaną starciem ze strażnikami w Swynlake nie był w stanie walczyć. Posadzono go na krześle i związano. Na jego nadgarstki napierały ciasno związane liny, powodując początek agonii. Nie bał się, choć wiedział, że za moment rozpocznie się piekło. Czarna Straż traktowała śmierć, jako coś naturalnego, początek nowego życia, nowych zasad i doznań. Śmierć była błogosławieństwem, jeśli było się do niej odpowiednio przygotowanym. Jednak śmierć spowodowana torturami nie należała do nich. John nie był na nią gotowy.
      Drzwi otworzyły się ukazując dwóch postawnych mężczyzn. Mieli to samo odzienie, co zeszłej nocy. W północnej części kraju templariusze zwykli nosić białe koszule, z granatowym płaszczem bez kaptura, z białą przepaską ze znakiem krzyża na ramieniu. Ci dwaj jednak ich nie posiadali, co wzbudziło nie tyle niepokój a ciekawość chłopaka.
- Gdzie oni są? - zaczął templariusz. - Gdzie są Czarni?
     John spojrzał na niego z szyderczym uśmiechem.
- Po co ten rasizm? Oni wolą czarnoskórzy.
      Po tych słowach John dostał w twarz, nawet nie jęknął.
- Cwaniaczek nam się trafił... - gość podszedł do stolika, po czym wrócił z obcęgami. - Zacznijmy jeszcze raz. Gdzie jest Czarna Straż?
- Kto?
     Templariusz dał sygnał temu drugiemu. Chwycił głowę Johna i odchylił ją w tył. Ten pierwszy kucnął i chwycił go mocno za palec.
- Kończy mi się cierpliwość, ale zapytam jeszcze raz. Gdzie do jasnej cholery jest Czarna Straż?
- Nie mam pojęcia.
     Po tych słowach John poczuł przykładanie obcęgów do paznokcia, a następnie rozrywający go ból. Templariusz wyrywał mu paznokcia bardzo powoli i boleśnie. Chłopak zacisnął zęby, ale długo nie wytrzymał tego stanu. Krzyczał dając sobie upust. Po wszystkim spojrzał na zakrwawiony palec, cały pulsował i niemiłosiernie piekł. Ból był nie do zniesienia.
- Zaczniesz mówić czy zabrać się za następny?
- Jak mnie znaleźliście? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
- Zabiliście wiele dobrych ludzi w Swynlake. - zaczął. - Ale zbiegliście. Muszę przyznać, że nieźle znosisz ból. - poklepał go po zranionym udzie, a następnie przyłożył obcęgi do kolejnego palca. - Widzieliśmy dziewczynę z którą byłeś, jak rozmawia z kupcem. Później już tylko się z nim dogadaliśmy. Więc, jak? Zaczniesz mówić? - odpowiedziała mu jedynie cisza. - Dobrze więc...
         Po pomieszczeniu rozległ się nieznośny krzyk.


_____________________________________________




1 komentarz:

  1. Chciałam zacząć komentarz od tego, że rozdział super się czytało i inne rzeczy które napisze później no ale się nie da. Fabiena Ruther? Serio.... Czy ty mi coś sugerujesz? xd

    A teraz przejdźmy dalej.
    Ten moment między Eve a Kate był piękny *.*
    Hmmmmm... Pytanko. Zgadnij co mi przypomina moment wyrywania paznokci Johna? I zamiast się martwić i ubolewać że go torturują ja zaczęłam się śmiać do krówki jasnej :D
    Teraz to co powinno być na początku. Co tak długo pisałaś ten rozdział? Przez to w mojej pamięci powstały luki które musiałam uzupełnić. Oj musisz się poprawić.

    Nooo to teraz czekam na następny ^^
    Karen

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy