sobota, 4 lutego 2017

[03] Po co wzięłaś to dziecko?


       Palenie czarownic odbywało się średnio raz w miesiącu, szczególnie na północy kraju. Brało się to stąd, gdy wyznawcy świętego Lamara próbowali nawracać niewiernych. Wszystko zaczęło się, gdy imigranci z Borgarvika osiedlali się na terenach Voprain. Wierzyli w Forkana, Pana Księżyca. Wiele nazywa ich dzikusami, głównie przez podejście do życia, wygląd, czy obyczaje. W każdą pełnię składają krwawą ofiarę swojemu Bogu, dziękując mu w ten sposób za stworzenie nocy. To była ich ulubiona pora dnia, odpoczynku i zabaw. W miastach trwało życie nawet w późnych porach, nie to, co tutaj.
        Choć oficjalnie Voprain jest wolnym państwem, nie ma tu zbyt wielkiej swobody religijnej. Zakon nawraca heretyków. Zdarzają się też tacy, którzy nigdy nie zmienią swoich poglądów. Ich los jest przesądzony.
         Czarna Straż od wielu lat walczyła z władzą, nie tylko polityczną, ale i kościoła. Choć są brutalni i mordują bez skrupułów, nigdy nie atakują cywili. Są po stronie wolności, a nie dyktatorskiego rygoru władz.
          Tego popołudnia John i Evelyn wybrali się na rynek w Swynlake. Oboje nienawidzili inkwizycji stworzonej przez fanatyków Lamara. Ich celem było uwolnienie ludzi innej wiary, bo jakim prawem ktoś mówi, jak mają żyć?
         Rynek był zatłoczony z każdej możliwej strony. Po środku znajdowało się miejsce platformy, do której wbito cztery pale. Każdy z nich był otoczony słomą i drewnem. Powyżej znajdowała się ofiara, która tego samego dnia miała spłonąć.
         Czarni wspięli się zwinnie na dach jednego z budynków i niezauważeni analizowali sytuację. Evelyn postawiła sprawę jasno. Wmieszać się w tłum i zaatakować z ukrycia. John natomiast wolał wskoczyć na platformę i jawnie uderzyć. W ten sposób mógłby pozbyć się fanatyków i uwolnić cywili, a następnie uciec z miejsca zbrodni.
- Zaatakuję z ukrycia, wtedy dobijesz resztę i razem uwolnimy cywili. - zaproponowała Evelyn chcąc uzyskać aprobatę przyjaciela. On jedynie kiwnął głową, jakby miało się to udać.
- Co ze strażą? - zapytał wskazując na garść uzbrojonych ludzi.
- Stoją za tłumem, zrobimy zamieszanie. Nie zdążą się przedrzeć.
- Jak uciekniemy?
- Będziemy improwizować. - odparła zakładając swój czarny obszerny kaptur na głowę. - Prowadź, bracie.
          John uśmiechnął się pod nosem i założył kaptur. Poprawił pasek na nadgarstku i wysunął z niego ukryte ostrze, sprawdzając, czy konstrukcja działa poprawnie. Gotowy do działania zeskoczył do stogu siana obok budynku. Podniósł się i otrzepał płaszcz. Nawet przed zabójstwem musiał wyglądać elegancko.
           Po chwili czynność powtórzyła dziewczyna. Zeskoczyła rozkładając ręce na boki, zdążyła jeszcze obrócić się w powietrzu i wylądować na plecach. Po chwili zaczął się spektakl, a ona stała się niewidoczna mieszając się w tłum ludzi.
- Ci, którzy żyją wśród obłudy i grzechu, nie będą godni dostąpienia życia wiecznego wśród naszego jedynego Pana miłosiernego.
           Gdy Eve dostrzegła brata w pierwszym rzędzie, przygotowała się do ataku, który miał być dla niego sygnałem. Nie bała się atakować, choć przez jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz.  
- Spójrzcie, co herezja robi z ludźmi! - krzyknął kolejny zakonnik.
           Dziewczyna spojrzała, ale nie dostrzegła nic nieludzkiego. Ludzie, których przywiązano na pal płakali, byli przerażeni, ale dzielnie modlili się do swojego Boga.
          Wtedy trzech zakonników uniosło płonące pochodnie, zbliżając się do ofiar. Jedna kobieta zaczęła rozpaczliwie krzyczeć i szarpać się.
- Proszę nie, jeg ber! - mówiła w swoim języku, a ludzie tylko zachęcali do jej śmierci. W Eve zagotowała się niewyobrażalna złość. Chwyciła sztylet i podeszła bliżej.
- Święty Lamar was ocali, jeśli będziecie godni. Ave Lamar misericors. - po tych słowach zaczął modlitwę, to był dobry moment na śmierć.
           Gdy pochodnie zostały uniesione, Evelyn wycelowała sztyletem i rzuciła w zakonnika. Ostrze przebiło mu czaszkę, a on sam upadł upuszczając ogień. Wśród tłumu zaczęła się panika i niedowierzanie.
            John zdążył wskoczyć na platformę, rzucając się na kolejnego. Skoczył na niego i oboje upadli. Wysunął ukryte ostrze i przeciął gardło swojej ofierze. Jeden z fanatyków rzucił się na niego z pięściami i kopnął dwa razy.
            W tym samym czasie Evelyn zdążyła się przedrzeć przez tłum. Słyszała za sobą zgrzyt zbroi strażników, ale nie przejęła się nimi. Ilość uciekających osób powinna skutecznie spowolnić ich reakcję.
             Dziewczyna doskoczyła do mężczyzny obezwładniającego jej przyjaciela, wbijając mu ukryte ostrze w plecy. Zawył głośno, a wtedy rozległ się krzyk. Leżące pochodnie rozprzestrzeniły ogień, tak, że siano zaczęło płonąć. Mieli mało czasu, zarówno cywile, jak i Czarni.
- Zostaw go już! - krzyknęła Eve widząc Johna, okładającego pięściami zakonnika i ruszyła w stronę związanej kobiety. Zatrzymała się tuż przed ogniem, na szybko oceniając sytuację. Obeszła ją od tyłu starając się unikać ognia. Wskoczyła na pal i sztyletem przecięła więzy. W tej samej chwili John zrobił to samo, w ten sposób uwolnili dwie osoby.
              Kobieta była tak przerażona, że rzuciła się na Evelyn, dziękując w swoim języku. Ona jednak nie miała na to czasu. Odepchnęła ją i ruszyła do następnej osoby.
              Na platformę wskoczyła jakaś kobieta. Rzuciła się na ciało zmarłego zakonnika, którego zabił John. Oboje pomyśleli, jak głupio postąpiła, rzucając się w centrum walki, ale rozumieli też ile ten człowiek mógł dla niej znaczyć.
             Tuż za nią wpadło czterech strażników. Evelyn rzuciła w jednego sztyletem, ale chybiła. Odsunęła się i przygotowała ukryte ostrze do walki. Oboje zostali otoczeni przez uzbrojonych mężczyzn.
             Nie mieli dokąd uciec, nawet gdyby próbowali zostaliby zaatakowani. Byli osaczeni, co zaczęło powoli dołować chłopaka. Postanowił wykorzystać okrutnie zrozpaczoną kobietę dla szansy przeżycia.
             Chwycił ją i podniósł przyciskając do piersi. Ułożył ostrze tuż przy jej gardle.
- Pozwólcie odejść dziewczynie, a obejdzie się bez ofiar. - powiedział chłopak wiedząc, jak cenna jest Evelyn, nie tylko dla niego, ale i dla całego Czarnego Bractwa.
- Nie! Zostaw ją! - oboje usłyszeli dziecięcy głos. Zza strażników wyłoniła się mała dziewczynka. Evelyn zrozumiała, że mogła być córką kobiety. Gdy młoda pobiegła w ich stronę, niemalże wywracając się, Eve przechwyciła ją. Trzymała ją na rękach, gdy ta próbowała się wyrwać. Nie chciała grozić dziecku, ale nie widziała lepszej opcji.
- Wypuście nas, a obie przeżyją. - dodała dziewczyna. Strażnicy parsknęli śmiechem.
              Nagle John zawył z bólu. Gdy spojrzała na niego, dostrzegła strzałę wbitą w jego udo, po czym zauważyła strażnika z łukiem na jednym z dachów. Wtedy John ignorując ból, poderżnął kobiecie gardło, a jej ciało rzucił w stronę strażników. Jeden z nich odruchowo złapał kobietę, co na chwilę zdyskwalifikowało go jako przeciwnika. Czarny rzucił w kolejnego sztyletem, trafiając w jego tchawicę. W tym samym momencie podjął się ucieczki. Ranny zaczął biec najszybciej, jak mógł w wąską uliczkę.
              Evelyn postąpiła podobnie, zabierając dziecko ze sobą. Zaczął się pościg. Wbiegła w to samo miejsce, co jej przyjaciel. Z dzieckiem na rękach, zrzucała wszelkie doniczki z kwiatami z parapetów, wywracała krzesła i przewracała ludzi, wszystko by spowolnić strażników.
              Po pięciu minutach biegu, zauważyła jak John wpada do jakiegoś budynku. Szybko wbiegła za nim, zastając go leżącego na podłodze. Zatrzasnęła drzwi i upadła z dzieckiem tuż przy nim. Zasłoniła dłonią usta dziewczynki, tak by nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Czuła, jak łzy spływają po jej policzkach. Patrzyła w okno tak długo, aż zobaczyła strażników, którzy biegli przed siebie. Zgubili ich.
- Muszę znaleźć lekarza. - powiedziała Eve ze łzami w oczach, na widok zmasakrowanej nogi. Była przebita, a od biegu jeszcze bardziej rozszarpana. John uciskał ją, tamując krew.
- Po co wzięłaś to dziecko? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
- Zabiłeś jej matkę...
                Dziewczyna wstała i podeszła do szafek. Zaczęła wyrzucać z nich po kolei rzeczy w poszukiwaniu medykamentów. Znalazła bandaże, korę, liście szałwii i czosnek. Postanowiła zrobić z tego maść na uśmierzenie bólu i dezynfekcję rany.
- Nie miałem innego wyjścia, Eve.
- Bądź już cicho. - podeszła do niego, gdy maść była gotowa. Uklękła tuż przy nim i chwyciła za strzałę. Musiała ją wyjąć nie wahając się. Gdyby zrobiła to wolno bez użycia maksymalnej siły, John cierpiałby o wiele bardziej. Po chwili rozległ się krzyk, a świat zawirował dookoła niego. Czuł niewyobrażalny ból, jakby ktoś go rozrywał na kawałki. Zamknął oczy tracąc resztki świadomości.

               Obudził go ból, był pewny, że Evelyn amputowała mu kończynę. Spojrzał w dół zastając przesiąknięty ziołami bandaż. Nie było też śladu krwi, był pewien, że jego siostra zaszyła mu ranę. Czuł lekkie odrętwienie i mrowienie, znaczy, że zrobiła to dobrze. Jęknął próbując wstać, co zwróciło uwagę dziewczyny.
- Mówiłeś, że to ja będę miała przesrane w walce?
- Żyjesz tylko dlatego, że odwróciłem ich uwagę. - wymamrotał pod nosem. - Lepiej mi powiedz, co zrobimy z tym dzieckiem.
- Porozmawiałam sobie z nią i powiedziała mi, że ta kobieta była jej ciotką. Pod jej opieką miała nauczyć się czytać i pisać w zakonie.
- Czyli zabiłem jedną z fanatyczek? Teraz będzie mi się lepiej spało.
               Eve poczuła dreszcz, jaki przeszedł dziewczynkę. Przytuliła ją lekko.
- Zabiłeś fanatyka, który był jej narzeczonym. Kobiecina nic złego nie zrobiła.
- No dobra, przepraszam. Co jeszcze?
- Mała ma na imię Kate i ma sześć lat. Ma brata w Esboro.
- Zatem musimy ją tam odstawić. - zamilkł na chwilę. - Zaraz.. Esboro? To przecież trzy dni drogi stąd. Prędzej wykituję.
- Dlatego znalazłam kupca, który zabierze cię do Awen, a ja zabiorę ją do Esboro.
              Awen było siedzibą Czarnej Straży, znajdowało się w północno-zachodnim Voprain. Jeśli Czarny ma się czuć bezpiecznie to tylko tam. John pokręcił głową.
- Zostawiłaś mnie tu i poszłaś szukać kupca? Wiesz, co by było, gdyby ktoś cię złapał?
- Umarłbyś z tęsknoty. - zadrwiła z niego. - Już zapłaciłam za transport. Jak cię zabiorą, nazywasz się Russel Dumbhorse i masz farmę porów. Zaatakował cię jastrząb.
- Naprawdę? Mam się nazywać głupi koń? To kara za wszystkie moje żarty, prawda? - zaśmiał się pod nosem.
- Poczekaj na żarty handlarza, wymyśla świetne na poczekaniu.
- Żarty pod gołym niebem? Jak romantycznie.

                Evelyn zapewniła, że wróci do Awen, zaraz po odstawieniu małej Kate do brata. Dopiero wtedy John przestał marudzić i odjechał powozem z kupcem, który grzeszył swoją żartobliwością na temat chłopaka. Dziewczyna schowała w płaszczu trochę jedzenia i ruszyła z dzieckiem na południe. Tak naprawdę mogła ją zostawić, choćby w Swynlake, ale czuła się za nią odpowiedzialna przez to, co zrobił John. Poza tym polubiła małą blondynkę o zielonych oczach.
- Nie musisz się bać Johna. Twoja ciotka jest teraz szczęśliwa, spoczywa w pokoju.
               Kate pokręciła głową, ale wydawała się rozumieć, że śmierć jest czymś naturalnym.
- Brat opowiadał mi, że ludzie są szczęśliwi po śmierci i opiekują się nami.
- Ma rację. A co z twoimi rodzicami?
- Moja mamusia jest szczęśliwa i się mną opiekuje. - spuściła głowę. - Tatusia nigdy nie było w domu.
- Przykro mi.
- A twoi rodzice? - uniosła szklące oczy w stronę Eve. Przeszedł ją dreszcz i jednocześnie niechęć. Nigdy nie chciała drążyć tego tematu, ale zna dzieci. Jeśli nie odpowie, czeka ją jeszcze więcej pytań.
- Moja mama też jest szczęśliwa w niebie, a ojca nie mam.
- A brata?
- Mam siostrę.
- Też zawsze chciałam mieć siostrę, ale brata też kocham. Jaka jest? - Kate odparła z uśmiechem na twarzy.
- Zadajesz strasznie dużo pytań, jak na sześciolatkę.
- Mam sześć i pół! - powiedziała z naburmuszoną miną, co wywołało uśmiech na twarzy Eve.
- A ja szesnaście. I jak to przebijesz?
                 Dziewczyna uświadomiła sobie, że dziś ma urodziny, a jedyne, co ją spotkało to śmierć, postrzał przyjaciela i przypadkowe dziecko na drodze. Zaczęła się zastanawiać, czy tylko ją spotykają takie niespodzianki. Tak naprawdę nigdy nie zaznała pełnego szczęścia, jej życie było trudne. Gdy inne dzieci się bawiły, ona uczyła się żyć w cieniu. Z każdym rokiem napływały jej nowe zajęcia. Nauczyła się przetrwania w nieprzyjaznym świecie, potrafi się wspinać, ale też umie czytać i pisać. Była traktowana inaczej niż jej bracia z Czarnej Straży. Pomimo zdolności, które opanowała, zabroniono jej dołączać do Bractwa poprzez naznaczenie. Polegało to na wytatuowaniu lub odciśnięciu rozżarzonym ogniem znaku Bractwa na skórze. Pomimo zapewnień, że akceptują ją w swoich szeregach, nigdy w stu procentach nie czuła się jedną z nich.

                Johna obudził obcy donośny głos. Spał w zamkniętym powozie, a na zewnątrz panowała noc. Doprowadziło to do chwilowej dezorientacji. Wyjrzał dyskretnie zza zasłony i ujrzał dwóch uzbrojonych gości. Wyglądali na templariuszy, choć nie mieli charakterystycznych znaków krzyża.
- Umawialiśmy się na więcej! - krzyknął handlarz. John napiął mięśnie, wyczuwał tutaj zasadzkę.
- Weźmiesz tyle i ani grosza więcej.
- Panie, to przecież oszustwo i rabunek! Tak się nie godzi!
- Taki był rozkaz króla, a teraz zabieraj się stąd.
                Króla? Pomyślał chłopak. To znaczyło tylko jedno. Został oszukany i sprzedany za marną sumę. Jeśli coś jest z rozkazu króla, znaczy, że nadal szukają Czarnych, przesłuchują i torturują, póki któryś nie umrze z wycieńczenia. Przysunął się do drzwi po przeciwnej stronie. Uznał, że nie ma zamiaru czekać, aż go zabiją i ucieknie. Szarpnął za klamkę, jednak drzwi nie otworzyły się. Był zamknięty, bez drogi ucieczki. Miał jednak jeszcze ostrze, a także marne szanse w walce ze względu na ranę.
- Taki król a grosza mu szkoda! Tfu! - splunął handlarz. Templariusze spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Chwycili go za kubrak i rzucili o ziemię. Jeden wyciągnął broń, ale ten drugi go powstrzymał. Uznał, że nie zasługuje na śmierć, ale na pobicie już tak. Po wszystkim facet długo nie mógł się pozbierać.
                  Podeszli do powozu i szarpnęli za klamkę. To wejście też było zamknięte. John miał wrażenie, że jego modły zostały wysłuchane. Szybko zmienił zdanie, gdy mężczyźni znaleźli klucz w fartuchu leżącego. Czarny postanowił zaatakować od razu, jak otworzą. Odliczał sekundy do starcia, lub swojej śmierci.
                  Gdy drzwi się otworzyły, John wyskoczył na templariusza. Wcześniej najpierw sprawdzał, czy ukryte ostrze wysuwa się poprawnie. Tym razem zapomniał. Nie wysunęło się.

6 komentarzy:

  1. Co tu dużo pisać, świetne pod każdym względem. Wciągnęło i bardzo zainteresowało. Chętnie będę wpadać po kolejną dawkę wieści od Czarnych!
    Pozdrawiam ,
    Amadea.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze. Spodziewałam się, że komuś coś się stanie, ale bardziej obstawiałam Evelyn (sorka, no ale młode to to, nie doświadczone)
    Po drugie. Bardzo ładne imię dla SZEŚCIOLATKI. Do tego blondi z zielonymi oczkami. Jak słodziaśnie *.* Do tego widać, że bardzo waleczna i lubi postawić na swoim. Punkt dla niej.

    Chwilunia...To Evelyn wie o swojej siostrze? Jak? Skąd? Kiedy? Czy ja coś przegapiłam?

    OMG! Końcówka... Siedziałam jak na ogniu. Czyżby król szukał zemsty?
    Mam nadzieję, że John ucieknie, choć nie powiem będzie ciekawie jak go złapią. W trakcie tortur przyjdzie do niego Jennifer. On już cały w skowronkach, że mu pomoże, a zamiast tego dostanie z liścia w mordę. Jejku już to widzę...
    Ale jakby kto pytał ja nikomu źle nie życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj jeszcze się zdziwisz z jej niedoświadczenia, przypominam, że uczyła się od dzieciaka.
      Wiedziałam, że spodoba Ci się Kate i jej urok osobisty. Wiek tu nie gra żadnej roli, a teraz nie masz wyjścia i musisz dzieciaka polubić :D

      Temat jej pochodzenia będzie niejednokrotnie poruszany i wszystkiego się dowiesz, na razie musi ci wystarczyć tyle ;>

      To by było zbyt piękne, pamiętaj, że templariusze OGÓLNIE mają szukać Czarnych, bo tak się królowi zachciało. Niekoniecznie zabiorą go do zamku.
      Ale myślę, że ci się spodoba, co wymyślę ;>

      Usuń
    2. Wiem ze ogólnie szukaja czarnych ale król tez nie wie który czarny zabił jego żone, więc nikt nie powiedział ze szuka zemsty w KAZDYM czarnym ^^ (przez ta minke czuje sie jak najgorszy bandzior)

      Usuń
    3. W sumie fakt, może John się ładnie uśmiechnie i go jeszcze wypuszczą :D

      Usuń
  3. Meh, skasował mi się komentarz chwilę przed tym, jak miałam go dodać. Jak ja tego nie znoszę >.< Ale wysilę się i spróbuję go odtworzyć.
    Podoba mi się postać Evelyn. To trochę nawet dziwne z mojej strony, bo rzadko przypadają mi do gustu żeńskie bohaterki w literaturze czy na blogach. Wydają mi się mniej ciekawe niż mężczyźni, na których zazwyczaj skupiam całą uwagę. Porównałam ją poniekąd do siebie – jesteśmy rówieśniczkami, ale ona ma dużo więcej opanowanych ciekawych umiejętności, w które zapewne włożyła sporo pracy. Można jej współczuć dzieciństwa spędzonego na nauce, ćwiczeniach, ale widać, że to nie poszło na marne. Wydaje się też bardzo dojrzała jak na swój wiek, co widać w jej stosunku względem Kate, tym, że postanowiła się nią zaopiekować.
    Ostatnie zdania były mocne :D Dało się poczuć grozę, podobało mi się to bardzo. Jestem ciekawa, co będzie dalej.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy