sobota, 7 stycznia 2017

[01] To moje miasto.

        The show must go on

        Lenora nie miała pojęcia, dokąd biegnie, prowadzili ją jedynie uzbrojeni strażnicy i pragnienie ucieczki. Bała się, że dziś umrze. Uciekała kanałami, słysząc odgłosy rzezi pochodzącej z ulic miasta. Krzyk gwałconych kobiet, umierających mężczyzn, płacz dzieci, szczekanie i wycie psów, następnie skamlenie i pisk. Dźwięki te wirowały w powietrzu, jakby miały tworzyć swoisty taniec śmierci. Przecież tej nocy wszyscy umrą?
         Kobieta zatrzymała się, trzymając swój ciężarny brzuch. Biorąc głęboki oddech próbowała iść na przód, jednak dziecko było bardziej niespokojne, niż zwykle. Czuła kopanie i silne ukłucia w podbrzuszu. Z każdym krokiem uczucia te potęgowały się, a ból nasilał się. 
- Jeszcze chwila i wyjdziemy, Pani. - odparł strażnik, prowadząc ją pod ramię. 
- Nie dam rady.. - odpowiedziała, czując, jak odchodzą jej wody. Walczyła z tym, ale siła natury okazała się silniejsza. Zgięła się z bólu, na co strażnik dał znać pozostałym. 
- Musisz wytrzymać. Zabierzemy was stąd. 
           Lenora nie miała siły protestować, gdy dwóch z eskorty postanowiło ją ponieść. Szli szybko, ale wystarczająco ostrożnie, by nie narazić królowej. Ona sama zamknęła oczy, nie mogła krzyczeć, co groziłoby wykryciem. Zacisnęła pięści, modląc się w duchu by to piekło szybko się skończyło.
           Wyszli przez kryptę na cmentarzu poza murami miasta. W oddali słychać było stłumione okrzyki. Udali się w stronę lasu, który mimo niepokojącego o tej porze wyglądu, wydawał się najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. Gnali przed siebie, przeszywając zarośla i gałęzie chłoszczące ich ciała, jednocześnie uważając, by nie skrzywdzić kobiety, ani dziecka. 
- Światło! - krzyknął jeden, widząc w oddali płonące świecie w chatce leśnej. - Na przód!
- Zabraniam.. - powiedziała cicho Lenora, wyczuwając intencje strażnika.  
- Królowa ma rację, jeśli światło zwabiło nas, to zwabiło też ich. - wtrącił jeden. 
- Pójdę tam i sprawdzę, czy jest bezpiecznie. Jeśli nie wrócę za dziesięć minut, uciekajcie stąd. 
            Przystali wszyscy, a ochotnik zniknął w ciemnościach. Czas zaczął się niesamowicie dłużyć, co tylko potęgowało agonię władczyni. 

Joseph widząc miasto z okien zamku poczuł strach i ogarniający go paraliż. Panował tu mrok, jakiego nigdy nie doświadczył. Widział gnających ludzi, jak na złamanie karku, oraz strzelających do nich łuczników. Przypominało to polowanie na zwierzynę, mimo, że do czynienia mieli z ludźmi. Jednak czym mordercy różnili się od zwierząt? Joseph odszedł na bok, nie chcąc dłużej oglądać bestialskiego zachowania. Miał nadzieję, że strażnicy, a nawet templariusze utrzymają miasto, jednak to uczucie minęło wraz z ilością przelanej krwi. 
- To moje miasto. - rzekł cicho. - Jak mam patrzeć bezczynnie, gdy mordują moich ludzi? 
- Nie powinieneś się narażać. Nie możemy stracić głowy państwa. - odparł namiestnik. 
- Lenora uciekła? 
- Tak, osobiście tego dopilnowałem. Mają wysłać wiadomość, gdzie są. 
- Miejmy nadzieję, że kruk trafi prosto do nas. 
- Spokojnie, wiadomość będzie napisana szyfrem, którego na pewno nie znają te... bestie. 
- Wiadomo kim są? 
- Nie, Panie. Przeszukaliśmy ciało jednego, nie miał żadnego herbu, listu, nic. 
- Szlag by to.. - Joseph spuścił wzrok. Po chwili namysłu chwycił za rękojeść miecza, wysuwając go powoli. 
- Co robisz? 
- Nie mogę na to patrzeć, muszę ratować ludzi, choćbym miał za to zapłacić życiem. 
- Poczekaj. - złapał go za dłoń dzierżącą miecz. Spojrzał mu w oczy w których dostrzegł rozpacz, a może i strach. - Nie giń na marne. Jeśli stracimy ciebie, wszystko przepadnie. To co zbudował twój ojciec i wuj. Widziałeś.. ich ostrze przeszyje cię nim dobędziesz broni. A jeśli nie dla nich, żyj dla swojej żony i waszego dziecka. 
       Joseph spuścił wzrok, obrócił się na pięcie i uderzył pięścią o drewnianą szafę. Dał upust swojej złości, a może zrozumiał bezradność w której tkwił. 
- Zbierz ludzi do świątyni, wezwij templariuszy do obrony, strażnicy niech zajmą się patrolem zamku. Niech ci bandyci chodzą po mieście, ale niech nie zbliżają się do ludzi. Czy to jasne? 
- Tak, Panie. - namiestnik zasalutował i wyszedł z komnaty, by wydać polecenia najlepszym ludziom. 
         W leśnej chacie mieszkał myśliwy, który na widok uzbrojonych mężczyzn nie starał się protestować. Ugościł królową najlepiej jak się dało. Zarzucił czysty koc na starą kanapę i przygotował ciepłą wodę. 
- Niech święty Lamar nad wami czuwa. - powiedział strażnik klęcząc przed królową. Ściskał jej dłoń wyrażając w ten sposób wsparcie, które powinien jej zapewnić Joseph. 
- Gdzie jest mój mąż.. - zapytała, po czym krzyknęła z bólu. Z każdym kolejnym skurczem próbowała przeć. 
- Wysłaliśmy wiadomość do zamku. Niedługo się zjawi. 
          Czuła ruch w sobie, któremu towarzyszyła kolejna dawka bólu. Zaciskała dłonie na narzucie, po których spływał pot z jej ciała. Całość trwała ponad godzinę. Krzyk towarzyszył jej nieprzerwanie, a jego hałas rozprzestrzeniał się po całej chacie, aż do ostatniego skurczu. Słysząc płacz dziecka, sama uroniła łzy. Była wykończona, a jej powieki same się zamykały.                 - Dziewczynka. - oznajmił strażnik owijając niemowlę pościelą.
          Lenora choć liczyła na syna, była najszczęśliwszą matką na świecie. Zobaczyła swoje dziecko i przeżyła cud narodzin. Żałowała tylko, że Joseph nie mógł być przy niej. Zamiast tego zarządzał wojskiem, o ile nadal żył.
- Jak ją nazwiesz? - zapytał strażnik, podając ostrożnie dziecko matce. Ta chwilę wpatrywała się w twarz, zapłakane błękitne oczy i małe rączki. Po chwili namysłu była w stanie odpowiedzieć. 
- Nazywa się Jennifer Anne Chalvin i kiedyś będzie waszą królową. - uśmiechnęła się i ucałowała niemowlę. 
          Nie minęło kilka minut, gdy poczuła kolejny skurcz. Odruchowo ścisnęła dziecko, które zaczęło płakać. Ból z przed chwili wrócił, a kobieta krzyknęła, co zwróciło uwagę pozostałych. 
- Bliźniaki? - zapytał jeden zdezorientowany. Zabrał dziecko matce, by mogła się skupić na
czynności. W tym samym momencie płacz Jennifer Anne spotęgował się.
- Ma pan coś żeby ją nakarmić? - zapytał myśliwego. Ten bez namysłu wskazał na pokój obok, prawdopodobnie kuchnię. Oboje zgodnie ruszyli do środka, zamykając za sobą drzwi, możliwe by płacz nie dekoncentrował matki. 
         Kilka minut później ktoś dobijał się do drzwi wejściowych. Straż spojrzała na siebie, a później na królową. Skinęła głową z nadzieją, że wiadomość dotarła do zamku, a Joseph zaraz pojawi się przy niej. 
          Strażnik podszedł niepewnie do drzwi bez broni w ręku. Otworzył je, jednak odrzuciło go uderzenie w głowę. Został ogłuszony i upadł z impetem o podłogę. Do pomieszczenia wpadło kilku zbirów, ubranych na czarno z zasłoniętymi twarzami przez kaptur. 
           Królewska eskorta wyciągnęła miecze i zaatakowała wrogów, jednak nim się obejrzeli jeden z czarnych był przy Lenorze. Obszedł kanapę i objął ją od tyłu, trzymając ostrze sztyletu przy jej gardle. 
- Nie radzę. - odparł, gdy ktoś wymierzył w niego mieczem. - Rzućcie broń inaczej zginie. 
- Róbcie, co mówi.. - powiedziała cicho kobieta, po czym zawyła z bólu. Modliła się, by zabójcy nie przeszukiwali domu. Błagała swojego boga, by strażnik i myśliwy zorientowali się, co się dzieje i uciekli z dzieckiem. Dla siebie i drugiego dziecka nie widziała już nadziei. 
            Na prośbę królowej, strażnicy rzucili broń na ziemię. Wtedy każdy z zabójców podszedł do strażników od tyłu i przyłożył ostrze do ich gardeł. Wiedzieli, że każdy gwałtowny ruch grozi śmiercią. 
- Chyba trafiliśmy nie w porę. - stwierdził gość przy Lenorze. 
- Ona zaraz urodzi.. pozwól mi się nią zająć. - powiedział najbardziej zaufany strażnik. Krzyki Lenory wskazywały na to, że uciszenie jej byłoby najlepszym pomysłem, ale postanowili wykorzystać sytuację.
- Zgoda. Puść go. 
- Ale.. - zaprotestował jeden z zakapturzonych. 
- Zabiję ją, jeśli postanowi zrobić coś głupiego. 
               Czarny burknął coś pod nosem i puścił strażnika. Królowa zamknęła oczy, myśląc, że to pułapka. Chciała uniknąć widoku śmierci kogoś, kto strzegł jej życia. Mimo to poczuła na sobie jego dotyk. Wszyscy stali w bezruchu, oprócz Lenory, która wiła się z bólu. 
- Co robisz? Kim jesteś? - zapytała cicho człowieka od którego zależało jej życie. 
- Zabójcą. - zaśmiał się gorzko.
- Czego chcesz? - po chwili z jej ust wydobył się krzyk, czując skurcz. 
- Przyszliśmy po zapłatę. Twój ojciec nie spłacił długu, a to jego konsekwencje. 
- Zapłacę wam, oddam wszystko.. Tylko nie róbcie nikomu krzywdy. 
- Puste obietnice... ale to niesamowite, jak chętni jesteście do negocjacji, gdy chodzi o wasze życie. 
- Oddam wszystko, przysięgam.. - syknęła. - Jak się nazywasz? 
- Roth, jak tak bardzo cię to ciekawi. 
                Strażnik odbierał poród nie mówiąc ani słowa. Był pochłonięty myślami, jak poradzi sobie z tymi ludźmi będąc całkowicie bezbronnym. Po ostatnim skurczu, po pomieszczeniu rozniósł się donośny płacz. Pomimo sytuacji większość odetchnęła z ulgą, a już na pewno królowa. Była tak wykończona, że pewnie nawet by nie poczuła ostrza przebijającego jej ciało. 
- Dziewczynka. 
                 Gdy strażnik wyciągnął dłoń po kawałek pościeli, jeden z czarnych podszedł do niego z wysuniętym ostrzem. Dopiero, gdy zrozumiał, że mężczyzna owija dziecko, uspokoił się. 
- Daj mi ją. - powiedział Roth. 
- Nie krzywdź jej.. - wyszeptała kobieta.
- Nie śmiałbym.. - powiedział i choć w jego głosie słychać było szyderczy ton, królowa skinęła głową na znak akceptacji. 
                Strażnik niechętnie podał dziecko Rothowi. Ten ściągnął kaptur, ukazując przy tym swoją twarz. Wyglądał na człowieka po trzydziestce, choć na jego głowie pojawiły się siwe włosy. Miał surowe rysy twarzy pokryte bliznami, a jego oczy miały kolor błękitu. Spojrzał nimi na dziecko, które po zetknięciu z jego wzrokiem przestało płakać. 
                  Ta drobna istota wyglądała identycznie, jak jej starsza o kilka minut siostra. Roth uśmiechnął się i spojrzał porozumiewawczo na swoich kompanów. 
- Zabić ich. - odparł, a wtedy każdy czarny przeszył ostrzem gardło swojej ofiary. Krew lała się strumieniami, zalewając część podłogi, gdy ciała upadły. Została tylko królowa i jej dziecko. 
- Nie! - krzyknęła znajdując w sobie trochę siły. Rzucała się z rozpaczy po kanapie, próbowała też kopać, ale to tylko zużyło jej energię. 
- Wiecie, co z nią zrobić. - oznajmił Roth zakładając z powrotem kaptur na twarz. Słysząc krzyk kobiety, wyszedł z chaty zamykając za sobą drzwi kopnięciem. Spojrzał ostatni raz na królewskie dziecko trzymane w ręku, po czym zniknął z nim równie szybko, co się pojawił. 

_____________________________________________
Późna pora sprawiła, że tylko rzuciłam okiem sprawdzając.
Kocham tą piosenkę. 
To ostatni rozdział (oby) pisany z trzeciej osoby. Jednak pierwsza jest dla mnie o wiele przyjemniejsza. 

Enjoy, Eden


10 komentarzy:

  1. Jejku toż to genialne jest! Ja pierdziele...
    Co z Jennifer? A co z tą drugą małą? Kuźwa co mi z tych twoich spoilerów jak tu takie rzeczy się dzieją O.o Ja po prostu mam ochotę ci zdzielić a zarazem zasypać pytaniami co jak gdzie i kiedy....
    Ja.... Nie, ja po prostu już nic nie będe pisać bo jestem w szoku

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! Nie wiem, gdzie mogłabym Cię poinformować, więc z góry przepraszam, że piszę to tutaj.
    Tak więc, zapraszam Cię na nowy rozdział!
    Nie będę wklejać fragmentu, czy opisu. Sama sprawdź i przekonaj się, co znajdziesz w rozdziale, o tytule: "DÉJÀ VU".
    Zachęcam do napisania opinii w komentarzu. :)

    Pozdrawiam, buziole xx
    http://nie-szukaj-siebie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Na Twoje opowiadanie trafiłam przypadkiem i mnie zachwyciłaś.
    Mam nadzieję, że będziesz kontynuować historię na bieżąco gdyż zaczyna się niezwykle ciekawie.
    Dramatyczna akcja, mroczne sytuacje z niebezpiecznym porodem w tle.
    Naprawdę jestem pełna uznania gdyż zawarłaś w opowiadaniu wszystko co lubię. Dlatego bez wahania dodaje do Obserwowanych i będę na bieżąco śledziła Twoją historię.
    pozdrawiam serdecznie.

    www.pokochac-lotra.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę pisać zawsze, gdy znajdę czas, a niedługo będzie go sporo. Cieszę się, bo sama lubię mroczne klimaty ;>

      Usuń
  4. Pomyślałbyś kiedyś, że tak się to wszystko ułoży?
    Ja nie.
    Nigdy.
    Może po prostu nie dopuszczałam do siebie tej myśli.
    Nie sądziłam, że jest do tego zdolny.
    Nie sądziłam, że jest na tyle silny.
    Myślisz, że chciał Ci odpłacić, za to, że kiedyś też to zrobiłeś?
    Nie sądziłam, że da mu radę.
    Mord za mord.
    Teraz już jesteśmy straceni.
    Tobirama?
    Proszę Cię, powiedz coś . .

    Zapraszam na http://different-konoha.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj! Przyznam, że bardzo ciekawie i dość brutalnie zaczęłaś to opowiadanie. Nikt tutaj nie bawi się w ceregiele, że nie jest tak źle, jak mogłoby być, bo jest po prostu źle i nie ma co się oszukiwać. Takie odniosłam wrażenie i podoba mi się. Dodatkowo te dwoje rodzących się dzieci – dzieci kojarzą mi się jako symbol życia, że wraz ze śmiercią jednych, pojawiają się drudzy. Tutaj ta symbolika jakoś mi nie działa, śmierć wydaje się nie oszczędzać nikogo. To dość przygnębiające. W dodatku ten gif z Gry o Tron przypomniał mi o tej fatalnej historii Snowa. Wpasował się tu idealnie.
    Teraz pozostaje mi czekać na kolejne rozdziały. Pozdrawiam serdecznie i życzę weny. Miło mi będzie, jeśli w wolnej chwili zajrzysz też do mnie.
    http://wszyscyjestesmyartystami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może oglądam za dużo Gry o Tron, ale uwielbiam mroczne i brutalne klimaty. Życie usłane różami do mnie nigdy nie przemawiało. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać ten stan, który zaczęłam. W końcu przewiduję dużo mordowania ;>
      A i chętnie do ciebie zajrzę, niestety dopiero w weekend.

      Usuń
  6. to jest tak dobre ze cie nie lubię

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest tak dobre, że aż wcale

      Usuń
    2. to jest tak dobre że aż wcale cie juz nie lubię <3

      Usuń

Obserwatorzy