sobota, 26 sierpnia 2017

[04] Gdzie są Czarni?

    Evelyn po długiej podróży dotarła do niewielkiego miasteczka kupieckiego. Był tutaj duży targ z najróżniejszymi towarami z całego kraju, a także zagraniczne przyprawy i pożądana przez wszystkich kawa. Znajdowały się tutaj niewielkie budynki o różnych kolorach w ogóle nie pasując do tutejszego północnego, chłodnego klimatu.
    Dziewczyna nie zwróciłaby nigdy uwagi na tą wioskę, gdyby nie wypełniało jej zmęczenie i obecność sześcioletniego dziecka, które obiecała zaprowadzić do Esboro.
    Kate była niezwykle spokojnym, ale ciekawskim dzieckiem. Jej ciągłe pytania męczyły swoją przyszywaną opiekunkę, która po pewnym czasie zaczynała żałować, że dała się ponieść emocjom, zamiast zostać z Johnem.
    Przechodząc obok straganu z owocami, Kate ruszyła w jego stronę. Eve szybko ją złapała, gdy ta się oddaliła.
- Hej, nie możesz tak odchodzić.
- Jestem głodna. - wskazała na ciasto z nadzieniem jabłkowym, a jej dziecięcy wzrok pożądania dał wyraźnie do zrozumienia, że będzie marudzić pół dnia, gdy go nie dostanie.
    Eve sprawdziła kieszenie, znalazła jedynie kilka srebrników przeznaczonych na dzisiejszy nocleg.
- Tam gdzie będziemy nocować robią o wiele lepsze ciasta niż to. No, ale nie możesz sobie pozwolić na oba. - skłamała chcąc oszczędzić trochę pieniędzy.
- A jakie mają ciasta? - zapytała z podekscytowaniem w głosie.
- Em.. cytrynowe... czekoladowe! - pstryknęła palcami przypominając sobie, jak bardzo kochała czekoladę będąc dzieckiem.
- Taaak! Chcę ciasto czekoladowe. O, a będzie z orzechami? Albo rodzynkami? Może będzie z biszkoptem? Lubisz słodycze? Brat przynosił mi kiedyś takie różowe cukierki, ale smakowały jakoś dziwnie...
     Evelyn westchnęła cicho czując, że ten dzień będzie trwać w nieskończoność.

     Dziewczyna po przechadzce po mieście szybko zorientowała się, że dobrze trafiły. W większości mieszkań można było wynająć pokój. To miasto żyło dzięki przejezdnym, solidnej karczmy także nie brakowało. Tym razem musiała się obyć bez tego, a znaleźć ciepły kąt dla siebie i młodszej kompanki.
      Zatrzymały się przed starym budynkiem, którego zapewne nie remontowano odkąd Król Rebeliantów wygrał wojnę z zamorskimi sąsiadami Voprain.
       Dziewczyna zapukała, po chwili odpowiedział jej głos małej Kate.
- Może nikogo nie ma w domu.
- Sprawdźmy. - nacisnęła klamkę, a drzwi otworzyły się. Weszła nieśmiało do środka, a po przejściu kilku kroków usłyszała niewyraźne głosy z pierwszego piętra. Postanowiła więc przełamać lody i przywitać się z właścicielami.
- Nie powinienem był cię słuchać, jak ty to sobie wyobrażałaś?! - słyszała wyraźnie kłótnię będąc już na górze.
- Naprawdę nie wiedziałam, że..
- Najlepiej powinnaś wyjechać do tej swojej matki i dać mi święty spokój!
- Przepraszam? - wtrąciła delikatnie Eve stojąc w przejściu.
- Czego? - odpowiedział typ po czym się odwrócił. Był cały purpurowy na twarzy, a jego żona ocierała łzy z policzków. - No nie... kolejne przejezdne gęby, jakby was było mało.
- Nie chciałyśmy przeszkadzać w kłótni.
- No już.. czego chceta? Pić? Jeść? Srać? Zawołam córę i się wami zajmie. Lisa!
- Myślę, że już umiemy się samodzielnie załatwiać. Szukamy noclegu, o świcie już nas nie będzie.
- To szukajcie, gdzie indziej, w tej ruderze nawet szczury nie chcą mieszkać.
- Bardzo dobrze, nie przepadamy za nimi.
- Wołałeś mnie? Kolejni przejezdni? - wpadła dziewczyna na oko w wieku Eve, córeczka miłego gospodarza.
- Taaa... chcą tutaj spać, ale nie mamy miejsc.
- Jak to nie? Za dwa srebrniki wynajmę wam mój pokój. - oznajmiła Lisa.
- Dwa srebrniki? - Eve uniosła brwi. - Za tyle mogę pić przez trzy dni.
- Dwa srebrniki i dorzucę wam ekstra koc. Okna są nieszczelne, a w nocy zimno...
- Dorzuć jeszcze ciepłą herbatę i umowa stoi.
- Zgoda. Zapraszam na górę.

*
     Nastała noc, a gwieździste niebo pojawiło się nad stolicą. Ogromny królewski ogród prezentował się magicznie o tej porze roku. Woń kwiatów dawała przyjemny zapach, lampy rozwidlały ścieżki między drzewami, pełnia księżyca i dźwięk świerszczy. Ta noc należała do tych magicznych. 
Księżniczka Jennifer Anne wymknęła się w tajemnicy przed służbą, by spotkać się na osobności ze swym wybrankiem Albertem Vanderbiltem. 
- Ktoś cię widział, Pani? - zapytał widząc piękną dziewczynę o długich czarnych włosach i płaszczu do kostek pod którym najpewniej schowała koszulę nocną. 
- Nie, wszyscy myślą, że śpię. 
- To dobrze. - uśmiechnął się i pogłaskał dziewczynę po policzku. - Mam coś dla ciebie. - oznajmił i wyciągnął małe pudełeczko z marynarki. Otworzył je śmiałym ruchem tuż przed dziewczyną. 
- To.. kamień. 
- Nie byle jaki kamień. To kamień szlachetny przywieziony z Rendannu w 1370 roku. Miejscowi wierzą, że przynoszą szczęście... zwłaszcza w miłości. 
     Na policzku Jennifer pojawił się rumieniec. 
- Albert, dałeś mi tyle pięknych rzeczy ja... 
- Zależy mi na tobie, chcę cię obdarowywać, a to dopiero początek. - uśmiechnął się i uniósł jej dłoń. - Gdy się pobierzemy obdaruję cię czymkolwiek będziesz chciała, wszystko by cię uszczęśliwić. 
- Z tego, co wiem nasze rodziny są dopiero w trakcie rozmów o naszym ślubie, a ojciec nadal rozgląda się za kandydatami do tronu. - skłamała, uwielbia być rozpieszczana i po części chciała by Albert stał się zazdrosny. Marzyła jej się miłosna historia, gdzie mężczyzna wskoczy w ogień za swoją miłością.Chciała być zdobywana i obdarowywana. Była romantyczką i marzycielką. 
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy bym to ja trwał u twojego boku. - pocałował jej dłoń, a dziewczynę przeszedł przyjemny dreszcz. 
- Kto tam jest? - usłyszeli głos z oddali. 
- To strażnik. Uciekajmy stąd. - zaśmiała się Jen i pociągnęła za sobą chłopaka. To tutaj. W tym ogrodzie narodził się romans, który nie powinien nigdy zaistnieć. 

*
     Evelyn podciągnęła koc do samej szyi, starając się ignorować chłód. Od dłuższego czasu wpatrywała się w sufit. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła przychodząc tutaj, a co ważniejsze zostawiając swojego przyjaciela dla dziecka, którego nawet nie znała. Zakon by się nią zaopiekował, pomyślała. 
     Czarna Straż zabijała złych, a pomagała cywilom. Tak było od zawsze, ale wszyscy słyszeli tylko o morderstwach. Eve liczyła, że odprowadzenie dziewczynki przysłuży się jej bractwu, zostanie pochwalona i nagrodzona. 
     Spojrzała na przytuloną do koca Kate, nie spała, ich spojrzenia szybko się spotkały. Miała w nich obecny smutek, choć nie okazywała tego. Była silnym dzieckiem. Przez chwilę Evelyn zaczęła widzieć w niej siostrę. Widziała w niej predyspozycje do dołączenia do Czarnej Straży, pomimo tak młodego wieku. 
- O czym myślisz? - zapytała dziewczynka. 
- Zastanawiam się czy John dotarł już do Awen. 
- To twój chłopak? 
    Eve zaśmiała się cicho. 
- John jest moim bratem, nie takim rodzonym, ale wciąż bratem. 
- Moja ciocia mówiła, że takie dzieci rodzą się z grzechu i są bąkami?
- Bękartami. - poprawiła. - To nie tak.. my mamy różnych rodziców, nie łączą nas więzi krwi. Po prostu... wychowaliśmy się razem i traktuję go jak brata. 
   Młodej coś zaświtało. 
- Znaczy, że my też możemy zostać siostrami? - podniosła się a na jej twarzy pojawił się uśmiech. 
- Cóż.. to będzie dosyć problematyczne, skoro odstawiam cię w Esboro i wracam do siebie. Do Awen. 
- Możesz zamieszkać ze mną i moim bratem. Taty nigdy nie ma w domu, więc możesz zająć jego pokój. Jest niewielki, ale nie zajmujesz dużo miejsca więc...
- Spokojnie.. - przerwała jej. - Na razie mam na głowie inne rzeczy, ale jeśli będę przejeżdżać chętnie do was wpadnę na dzień lub dwa.  A teraz musimy się wyspać. Jeśli chcemy być jutro na miejscu, musimy wyruszyć o świcie. 
     Kate pokiwała głową i zamknęła oczy. Nie mogła zasnąć, wciąż miała w głowie obraz palenia czarownic i śmierć jej krewnej. Tak naprawdę czuła ulgę, nigdy nie lubiła ciotki, a ojciec zmusił ją do pomieszkiwania w zakonie. W końcu mogła wrócić do domu i cieszyć się życiem z bratem jak kiedyś. 
     Po kilkunastu minutach poczuła burczenie w brzuchu. Eve nie dała jej obiecanego ciasta, więc postanowiła sama sobie je wziąć i nikomu nie mówić. Gdy Evelyn wyglądała na śpiącą, ostrożnie wstała i po cichu udała się do wyjścia. Starała się otworzyć drzwi tak by nie skrzypiały, zostawiła je otwarte i wyszła. Bardzo ostrożnie szukała kuchni na aktualnym piętrze, ale znalazła tylko coś w rodzaju spiżarni. 
     Było tutaj mnóstwo skrzynek, słoików, pudełek i beczek. Jej oczom ukazał się kawałek sernika na najwyższej półce. Jako sprytne dziecko przesunęła krzesło, a następnie wspięła się na blat. Próbowała sięgnąć ręką po ciasto, ale wciąż było za wysoko. Stanęła na palcach powtarzając czynność. 
     Poczuła coś na kształt talerza i pociągnęła go opuszkami palców. Zrobiła to jednak nieumiejętnie, a talerz przesunął słoik, który spadł prosto na podłogę. Rozbił się robiąc mnóstwo hałasu, co wystraszyło dziewczynkę. Miała w głowie konsekwencje, które ją spotkają. Postanowiła wziąć ciasto, uciec i schować się pod kocem. 
    Trzymając ciasto w dłoni, próbowała zejść na krzesło. 
- Kate? Co ty tu robisz? - usłyszała głos Evelyn. Wystraszyła się, przez chwilę nawet pomyślała, że przez to co zrobiła dziewczyna ją tutaj porzuci. Schowała więc ciasto pod koszulkę i odwróciła się w jej stronę. 
- To nie ja... 
- Nieważne, chodź tu. - podeszła do niej i pomogła jej zejść. 
     Do pomieszczenia wpadł gospodarz ze świecą w dłoni. Gotował się ze złości.
- Kto wam pozwolił tu wejść?! Okradacie mnie?! 
- Nikt nic nie kradnie, mała się zgubiła, szukała wychodka. 
- A co ma pod koszulką? - przyświecił wprost na nią. 
- Zapewne nic, jeszcze nie zaczęła dojrzewać. 
- Dawaj mi to. - podszedł do Kate i podniósł ją za koszulkę z której wyleciało spłaszczone ciasto. Rozpłakała się. 
- Nie waż się jej dotykać! - Eve pchnęła go, a on upuścił dziecko, które wpadło w histeryczny płacz. 
- Kradzież i próba pobicia, tak?! - wygrażał palcem. - Lisa! Biegnij po milicje, już! 
- Wow, spokojnie. Nie chcemy problemów. 
- To trzeba było się zająć bachorem! Złodziejki pierdolone.. Lisa!
- Dogadajmy się. 
- Dogadasz się z władzą i zapłacisz za wszystkie szkody. 
     Eve parsknęła śmiechem. 
- Mam upiec nowe ciasto?
- Stul pysk. - gospodarz zamachnął się dłonią w stronę Eve, ta jednak szybko złapała go za rękę i obezwładniła. Przywarła go do ściany, a on próbując się bronić wymachiwał zapaloną świecą za siebie. Evelyn uderzyła kolanem w podstawkę na świece wytrącając ją z dłoni napastnika. Upadła na podłogę i sturlała się pod beczki. 
- Kate, ucieknij stąd, schowaj się z dala od tego domu i czekaj na mnie. Z nikim nie rozmawiaj. 
     Dziewczynka posłuchała i wybiegła ocierając łzy. Eve uderzyła palanta, kiedy próbował się wyrwać. Chwilę później odwróciła głowę czując dym. Beczki zaczęły się palić, a to nie wróżyło dobrze ani jej, ani drewnianemu domowi. 
     Gospodarz wykorzystał moment nieuwagi i odepchnął dziewczynę, następnie uderzył ją w twarz i pchnął w stronę blatu. Próbowała się bronić, gdy ten złapał ją za szyję i próbował dusić. Eve chwyciła go mocno za nadgarstki i odciągała od swojej szyi. 
      Nic jej to nie dało, on okazał się silniejszy. Jeździła dłońmi po blacie, aż złapała za kubek i uderzyła napastnika z całej siły w głowę. Ten przez chwilę nie wiedział, co się dzieje. Eve odepchnęła go i ruszyła w stronę wyjścia. Wolała uciec niż walczyć i spłonąć. 
     Tuż za drzwiami złapał ją za włosy i przycisnął mocno do siebie. Objął jej szyję przedramieniem i ponownie dusił. Tam razem użył więcej siły, a dziewczyna im bardziej próbowała się oswobodzić tym nacisk był większy. 
     Powoli traciła siły, dusiła się. Wyciągnęła swój sztylet schowany za paskiem spodni i zdecydowanym ruchem wbiła mężczyźnie w plecy. Nie chciała tego robić, ale zginęłaby. 
     Po korytarzu rozległ się donośny krzyk. Eve brała głębokie wdechy tuż po oswobodzeniu. Gość upadł na podłogę i zaczął wyć z bólu. Dziewczyna złapała go za nogawkę i zaczęła ciągnąć w stronę schodów, nie chciała żeby spłonął. Ogień zajął całą spiżarnie i niszczył ściany rozprzestrzeniając się na resztę domu. 
    Gospodarz jednak nie wyczuł intencji dziewczyny i zaczął ją kopać. Pozwoliła sobie jeszcze przez kilka metrów, ale jej cierpliwość się skończyła. Porzuciła faceta i wybiegła z domu. 
    Tam spotkała dwóch milicjantów zmierzających w jej kierunku. Mogła uciec zaczynając pościg lub liczyć na szczęście. Pobiegła w stronę dwóch mężczyzn. 
- Pomocy! Tam jest ranny facet! - mówiła z przejęciem i łzami w oczach. - Wybuchł pożar, ja.. nie mogłam mu pomóc...
     Milicjant kiwnął głową by ten drugi poszedł do środka. 
- Spokojnie... Jak się nazywasz? 
    Eve wzięła głęboki wdech. 
- Fabiena Ruther. 
- Dobrze, Fabiena idź do świątyni, tam jest reszta osób. Wezwaliśmy lekarza, poczekaj na niego. 
   Pokiwała głową i posłuchała polecenia milicjanta, przynajmniej póki nie zniknął w budynku. 
   Szybko otarła udawane łzy i ruszyła w poszukiwaniu swojej kompanki. 
- Kate? Kate? - wołała nie słysząc odpowiedzi. Widziała za to, jak nadjeżdża powóz z beczkami wody w stronę płonącego budynku. 
   Nagle Eve zobaczyła biegnącą Kate w swoim kierunku. Rzuciła się na nią i wtuliła się mocno w jej nogi. 
- Myślałam, że cię już więcej nie zobaczę. - powiedziała łamiącym się głosem. 
- Nie łatwo się mnie pozbyć. Uciekajmy już. - odpowiedziała Evelyn, po czym obie wybiegły z miasteczka. 


*


     Zza ściany dobiegały niepokojące głosy, stukanie metalowym narzędziem po rurach, szyderczy śmiech. John wiedział, że zaraz ktoś do niego przyjdzie, wymierzając sprawiedliwość za wszystkie jego grzechy, które mógł odpokutować tylko własną krwią.
      Ze względu na ranę w udzie, spowodowaną starciem ze strażnikami w Swynlake nie był w stanie walczyć. Posadzono go na krześle i związano. Na jego nadgarstki napierały ciasno związane liny, powodując początek agonii. Nie bał się, choć wiedział, że za moment rozpocznie się piekło. Czarna Straż traktowała śmierć, jako coś naturalnego, początek nowego życia, nowych zasad i doznań. Śmierć była błogosławieństwem, jeśli było się do niej odpowiednio przygotowanym. Jednak śmierć spowodowana torturami nie należała do nich. John nie był na nią gotowy.
      Drzwi otworzyły się ukazując dwóch postawnych mężczyzn. Mieli to samo odzienie, co zeszłej nocy. W północnej części kraju templariusze zwykli nosić białe koszule, z granatowym płaszczem bez kaptura, z białą przepaską ze znakiem krzyża na ramieniu. Ci dwaj jednak ich nie posiadali, co wzbudziło nie tyle niepokój a ciekawość chłopaka.
- Gdzie oni są? - zaczął templariusz. - Gdzie są Czarni?
     John spojrzał na niego z szyderczym uśmiechem.
- Po co ten rasizm? Oni wolą czarnoskórzy.
      Po tych słowach John dostał w twarz, nawet nie jęknął.
- Cwaniaczek nam się trafił... - gość podszedł do stolika, po czym wrócił z obcęgami. - Zacznijmy jeszcze raz. Gdzie jest Czarna Straż?
- Kto?
     Templariusz dał sygnał temu drugiemu. Chwycił głowę Johna i odchylił ją w tył. Ten pierwszy kucnął i chwycił go mocno za palec.
- Kończy mi się cierpliwość, ale zapytam jeszcze raz. Gdzie do jasnej cholery jest Czarna Straż?
- Nie mam pojęcia.
     Po tych słowach John poczuł przykładanie obcęgów do paznokcia, a następnie rozrywający go ból. Templariusz wyrywał mu paznokcia bardzo powoli i boleśnie. Chłopak zacisnął zęby, ale długo nie wytrzymał tego stanu. Krzyczał dając sobie upust. Po wszystkim spojrzał na zakrwawiony palec, cały pulsował i niemiłosiernie piekł. Ból był nie do zniesienia.
- Zaczniesz mówić czy zabrać się za następny?
- Jak mnie znaleźliście? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
- Zabiliście wiele dobrych ludzi w Swynlake. - zaczął. - Ale zbiegliście. Muszę przyznać, że nieźle znosisz ból. - poklepał go po zranionym udzie, a następnie przyłożył obcęgi do kolejnego palca. - Widzieliśmy dziewczynę z którą byłeś, jak rozmawia z kupcem. Później już tylko się z nim dogadaliśmy. Więc, jak? Zaczniesz mówić? - odpowiedziała mu jedynie cisza. - Dobrze więc...
         Po pomieszczeniu rozległ się nieznośny krzyk.


_____________________________________________




sobota, 4 lutego 2017

[03] Po co wzięłaś to dziecko?


       Palenie czarownic odbywało się średnio raz w miesiącu, szczególnie na północy kraju. Brało się to stąd, gdy wyznawcy świętego Lamara próbowali nawracać niewiernych. Wszystko zaczęło się, gdy imigranci z Borgarvika osiedlali się na terenach Voprain. Wierzyli w Forkana, Pana Księżyca. Wiele nazywa ich dzikusami, głównie przez podejście do życia, wygląd, czy obyczaje. W każdą pełnię składają krwawą ofiarę swojemu Bogu, dziękując mu w ten sposób za stworzenie nocy. To była ich ulubiona pora dnia, odpoczynku i zabaw. W miastach trwało życie nawet w późnych porach, nie to, co tutaj.
        Choć oficjalnie Voprain jest wolnym państwem, nie ma tu zbyt wielkiej swobody religijnej. Zakon nawraca heretyków. Zdarzają się też tacy, którzy nigdy nie zmienią swoich poglądów. Ich los jest przesądzony.
         Czarna Straż od wielu lat walczyła z władzą, nie tylko polityczną, ale i kościoła. Choć są brutalni i mordują bez skrupułów, nigdy nie atakują cywili. Są po stronie wolności, a nie dyktatorskiego rygoru władz.
          Tego popołudnia John i Evelyn wybrali się na rynek w Swynlake. Oboje nienawidzili inkwizycji stworzonej przez fanatyków Lamara. Ich celem było uwolnienie ludzi innej wiary, bo jakim prawem ktoś mówi, jak mają żyć?
         Rynek był zatłoczony z każdej możliwej strony. Po środku znajdowało się miejsce platformy, do której wbito cztery pale. Każdy z nich był otoczony słomą i drewnem. Powyżej znajdowała się ofiara, która tego samego dnia miała spłonąć.
         Czarni wspięli się zwinnie na dach jednego z budynków i niezauważeni analizowali sytuację. Evelyn postawiła sprawę jasno. Wmieszać się w tłum i zaatakować z ukrycia. John natomiast wolał wskoczyć na platformę i jawnie uderzyć. W ten sposób mógłby pozbyć się fanatyków i uwolnić cywili, a następnie uciec z miejsca zbrodni.
- Zaatakuję z ukrycia, wtedy dobijesz resztę i razem uwolnimy cywili. - zaproponowała Evelyn chcąc uzyskać aprobatę przyjaciela. On jedynie kiwnął głową, jakby miało się to udać.
- Co ze strażą? - zapytał wskazując na garść uzbrojonych ludzi.
- Stoją za tłumem, zrobimy zamieszanie. Nie zdążą się przedrzeć.
- Jak uciekniemy?
- Będziemy improwizować. - odparła zakładając swój czarny obszerny kaptur na głowę. - Prowadź, bracie.
          John uśmiechnął się pod nosem i założył kaptur. Poprawił pasek na nadgarstku i wysunął z niego ukryte ostrze, sprawdzając, czy konstrukcja działa poprawnie. Gotowy do działania zeskoczył do stogu siana obok budynku. Podniósł się i otrzepał płaszcz. Nawet przed zabójstwem musiał wyglądać elegancko.
           Po chwili czynność powtórzyła dziewczyna. Zeskoczyła rozkładając ręce na boki, zdążyła jeszcze obrócić się w powietrzu i wylądować na plecach. Po chwili zaczął się spektakl, a ona stała się niewidoczna mieszając się w tłum ludzi.
- Ci, którzy żyją wśród obłudy i grzechu, nie będą godni dostąpienia życia wiecznego wśród naszego jedynego Pana miłosiernego.
           Gdy Eve dostrzegła brata w pierwszym rzędzie, przygotowała się do ataku, który miał być dla niego sygnałem. Nie bała się atakować, choć przez jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz.  
- Spójrzcie, co herezja robi z ludźmi! - krzyknął kolejny zakonnik.
           Dziewczyna spojrzała, ale nie dostrzegła nic nieludzkiego. Ludzie, których przywiązano na pal płakali, byli przerażeni, ale dzielnie modlili się do swojego Boga.
          Wtedy trzech zakonników uniosło płonące pochodnie, zbliżając się do ofiar. Jedna kobieta zaczęła rozpaczliwie krzyczeć i szarpać się.
- Proszę nie, jeg ber! - mówiła w swoim języku, a ludzie tylko zachęcali do jej śmierci. W Eve zagotowała się niewyobrażalna złość. Chwyciła sztylet i podeszła bliżej.
- Święty Lamar was ocali, jeśli będziecie godni. Ave Lamar misericors. - po tych słowach zaczął modlitwę, to był dobry moment na śmierć.
           Gdy pochodnie zostały uniesione, Evelyn wycelowała sztyletem i rzuciła w zakonnika. Ostrze przebiło mu czaszkę, a on sam upadł upuszczając ogień. Wśród tłumu zaczęła się panika i niedowierzanie.
            John zdążył wskoczyć na platformę, rzucając się na kolejnego. Skoczył na niego i oboje upadli. Wysunął ukryte ostrze i przeciął gardło swojej ofierze. Jeden z fanatyków rzucił się na niego z pięściami i kopnął dwa razy.
            W tym samym czasie Evelyn zdążyła się przedrzeć przez tłum. Słyszała za sobą zgrzyt zbroi strażników, ale nie przejęła się nimi. Ilość uciekających osób powinna skutecznie spowolnić ich reakcję.
             Dziewczyna doskoczyła do mężczyzny obezwładniającego jej przyjaciela, wbijając mu ukryte ostrze w plecy. Zawył głośno, a wtedy rozległ się krzyk. Leżące pochodnie rozprzestrzeniły ogień, tak, że siano zaczęło płonąć. Mieli mało czasu, zarówno cywile, jak i Czarni.
- Zostaw go już! - krzyknęła Eve widząc Johna, okładającego pięściami zakonnika i ruszyła w stronę związanej kobiety. Zatrzymała się tuż przed ogniem, na szybko oceniając sytuację. Obeszła ją od tyłu starając się unikać ognia. Wskoczyła na pal i sztyletem przecięła więzy. W tej samej chwili John zrobił to samo, w ten sposób uwolnili dwie osoby.
              Kobieta była tak przerażona, że rzuciła się na Evelyn, dziękując w swoim języku. Ona jednak nie miała na to czasu. Odepchnęła ją i ruszyła do następnej osoby.
              Na platformę wskoczyła jakaś kobieta. Rzuciła się na ciało zmarłego zakonnika, którego zabił John. Oboje pomyśleli, jak głupio postąpiła, rzucając się w centrum walki, ale rozumieli też ile ten człowiek mógł dla niej znaczyć.
             Tuż za nią wpadło czterech strażników. Evelyn rzuciła w jednego sztyletem, ale chybiła. Odsunęła się i przygotowała ukryte ostrze do walki. Oboje zostali otoczeni przez uzbrojonych mężczyzn.
             Nie mieli dokąd uciec, nawet gdyby próbowali zostaliby zaatakowani. Byli osaczeni, co zaczęło powoli dołować chłopaka. Postanowił wykorzystać okrutnie zrozpaczoną kobietę dla szansy przeżycia.
             Chwycił ją i podniósł przyciskając do piersi. Ułożył ostrze tuż przy jej gardle.
- Pozwólcie odejść dziewczynie, a obejdzie się bez ofiar. - powiedział chłopak wiedząc, jak cenna jest Evelyn, nie tylko dla niego, ale i dla całego Czarnego Bractwa.
- Nie! Zostaw ją! - oboje usłyszeli dziecięcy głos. Zza strażników wyłoniła się mała dziewczynka. Evelyn zrozumiała, że mogła być córką kobiety. Gdy młoda pobiegła w ich stronę, niemalże wywracając się, Eve przechwyciła ją. Trzymała ją na rękach, gdy ta próbowała się wyrwać. Nie chciała grozić dziecku, ale nie widziała lepszej opcji.
- Wypuście nas, a obie przeżyją. - dodała dziewczyna. Strażnicy parsknęli śmiechem.
              Nagle John zawył z bólu. Gdy spojrzała na niego, dostrzegła strzałę wbitą w jego udo, po czym zauważyła strażnika z łukiem na jednym z dachów. Wtedy John ignorując ból, poderżnął kobiecie gardło, a jej ciało rzucił w stronę strażników. Jeden z nich odruchowo złapał kobietę, co na chwilę zdyskwalifikowało go jako przeciwnika. Czarny rzucił w kolejnego sztyletem, trafiając w jego tchawicę. W tym samym momencie podjął się ucieczki. Ranny zaczął biec najszybciej, jak mógł w wąską uliczkę.
              Evelyn postąpiła podobnie, zabierając dziecko ze sobą. Zaczął się pościg. Wbiegła w to samo miejsce, co jej przyjaciel. Z dzieckiem na rękach, zrzucała wszelkie doniczki z kwiatami z parapetów, wywracała krzesła i przewracała ludzi, wszystko by spowolnić strażników.
              Po pięciu minutach biegu, zauważyła jak John wpada do jakiegoś budynku. Szybko wbiegła za nim, zastając go leżącego na podłodze. Zatrzasnęła drzwi i upadła z dzieckiem tuż przy nim. Zasłoniła dłonią usta dziewczynki, tak by nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Czuła, jak łzy spływają po jej policzkach. Patrzyła w okno tak długo, aż zobaczyła strażników, którzy biegli przed siebie. Zgubili ich.
- Muszę znaleźć lekarza. - powiedziała Eve ze łzami w oczach, na widok zmasakrowanej nogi. Była przebita, a od biegu jeszcze bardziej rozszarpana. John uciskał ją, tamując krew.
- Po co wzięłaś to dziecko? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
- Zabiłeś jej matkę...
                Dziewczyna wstała i podeszła do szafek. Zaczęła wyrzucać z nich po kolei rzeczy w poszukiwaniu medykamentów. Znalazła bandaże, korę, liście szałwii i czosnek. Postanowiła zrobić z tego maść na uśmierzenie bólu i dezynfekcję rany.
- Nie miałem innego wyjścia, Eve.
- Bądź już cicho. - podeszła do niego, gdy maść była gotowa. Uklękła tuż przy nim i chwyciła za strzałę. Musiała ją wyjąć nie wahając się. Gdyby zrobiła to wolno bez użycia maksymalnej siły, John cierpiałby o wiele bardziej. Po chwili rozległ się krzyk, a świat zawirował dookoła niego. Czuł niewyobrażalny ból, jakby ktoś go rozrywał na kawałki. Zamknął oczy tracąc resztki świadomości.

               Obudził go ból, był pewny, że Evelyn amputowała mu kończynę. Spojrzał w dół zastając przesiąknięty ziołami bandaż. Nie było też śladu krwi, był pewien, że jego siostra zaszyła mu ranę. Czuł lekkie odrętwienie i mrowienie, znaczy, że zrobiła to dobrze. Jęknął próbując wstać, co zwróciło uwagę dziewczyny.
- Mówiłeś, że to ja będę miała przesrane w walce?
- Żyjesz tylko dlatego, że odwróciłem ich uwagę. - wymamrotał pod nosem. - Lepiej mi powiedz, co zrobimy z tym dzieckiem.
- Porozmawiałam sobie z nią i powiedziała mi, że ta kobieta była jej ciotką. Pod jej opieką miała nauczyć się czytać i pisać w zakonie.
- Czyli zabiłem jedną z fanatyczek? Teraz będzie mi się lepiej spało.
               Eve poczuła dreszcz, jaki przeszedł dziewczynkę. Przytuliła ją lekko.
- Zabiłeś fanatyka, który był jej narzeczonym. Kobiecina nic złego nie zrobiła.
- No dobra, przepraszam. Co jeszcze?
- Mała ma na imię Kate i ma sześć lat. Ma brata w Esboro.
- Zatem musimy ją tam odstawić. - zamilkł na chwilę. - Zaraz.. Esboro? To przecież trzy dni drogi stąd. Prędzej wykituję.
- Dlatego znalazłam kupca, który zabierze cię do Awen, a ja zabiorę ją do Esboro.
              Awen było siedzibą Czarnej Straży, znajdowało się w północno-zachodnim Voprain. Jeśli Czarny ma się czuć bezpiecznie to tylko tam. John pokręcił głową.
- Zostawiłaś mnie tu i poszłaś szukać kupca? Wiesz, co by było, gdyby ktoś cię złapał?
- Umarłbyś z tęsknoty. - zadrwiła z niego. - Już zapłaciłam za transport. Jak cię zabiorą, nazywasz się Russel Dumbhorse i masz farmę porów. Zaatakował cię jastrząb.
- Naprawdę? Mam się nazywać głupi koń? To kara za wszystkie moje żarty, prawda? - zaśmiał się pod nosem.
- Poczekaj na żarty handlarza, wymyśla świetne na poczekaniu.
- Żarty pod gołym niebem? Jak romantycznie.

                Evelyn zapewniła, że wróci do Awen, zaraz po odstawieniu małej Kate do brata. Dopiero wtedy John przestał marudzić i odjechał powozem z kupcem, który grzeszył swoją żartobliwością na temat chłopaka. Dziewczyna schowała w płaszczu trochę jedzenia i ruszyła z dzieckiem na południe. Tak naprawdę mogła ją zostawić, choćby w Swynlake, ale czuła się za nią odpowiedzialna przez to, co zrobił John. Poza tym polubiła małą blondynkę o zielonych oczach.
- Nie musisz się bać Johna. Twoja ciotka jest teraz szczęśliwa, spoczywa w pokoju.
               Kate pokręciła głową, ale wydawała się rozumieć, że śmierć jest czymś naturalnym.
- Brat opowiadał mi, że ludzie są szczęśliwi po śmierci i opiekują się nami.
- Ma rację. A co z twoimi rodzicami?
- Moja mamusia jest szczęśliwa i się mną opiekuje. - spuściła głowę. - Tatusia nigdy nie było w domu.
- Przykro mi.
- A twoi rodzice? - uniosła szklące oczy w stronę Eve. Przeszedł ją dreszcz i jednocześnie niechęć. Nigdy nie chciała drążyć tego tematu, ale zna dzieci. Jeśli nie odpowie, czeka ją jeszcze więcej pytań.
- Moja mama też jest szczęśliwa w niebie, a ojca nie mam.
- A brata?
- Mam siostrę.
- Też zawsze chciałam mieć siostrę, ale brata też kocham. Jaka jest? - Kate odparła z uśmiechem na twarzy.
- Zadajesz strasznie dużo pytań, jak na sześciolatkę.
- Mam sześć i pół! - powiedziała z naburmuszoną miną, co wywołało uśmiech na twarzy Eve.
- A ja szesnaście. I jak to przebijesz?
                 Dziewczyna uświadomiła sobie, że dziś ma urodziny, a jedyne, co ją spotkało to śmierć, postrzał przyjaciela i przypadkowe dziecko na drodze. Zaczęła się zastanawiać, czy tylko ją spotykają takie niespodzianki. Tak naprawdę nigdy nie zaznała pełnego szczęścia, jej życie było trudne. Gdy inne dzieci się bawiły, ona uczyła się żyć w cieniu. Z każdym rokiem napływały jej nowe zajęcia. Nauczyła się przetrwania w nieprzyjaznym świecie, potrafi się wspinać, ale też umie czytać i pisać. Była traktowana inaczej niż jej bracia z Czarnej Straży. Pomimo zdolności, które opanowała, zabroniono jej dołączać do Bractwa poprzez naznaczenie. Polegało to na wytatuowaniu lub odciśnięciu rozżarzonym ogniem znaku Bractwa na skórze. Pomimo zapewnień, że akceptują ją w swoich szeregach, nigdy w stu procentach nie czuła się jedną z nich.

                Johna obudził obcy donośny głos. Spał w zamkniętym powozie, a na zewnątrz panowała noc. Doprowadziło to do chwilowej dezorientacji. Wyjrzał dyskretnie zza zasłony i ujrzał dwóch uzbrojonych gości. Wyglądali na templariuszy, choć nie mieli charakterystycznych znaków krzyża.
- Umawialiśmy się na więcej! - krzyknął handlarz. John napiął mięśnie, wyczuwał tutaj zasadzkę.
- Weźmiesz tyle i ani grosza więcej.
- Panie, to przecież oszustwo i rabunek! Tak się nie godzi!
- Taki był rozkaz króla, a teraz zabieraj się stąd.
                Króla? Pomyślał chłopak. To znaczyło tylko jedno. Został oszukany i sprzedany za marną sumę. Jeśli coś jest z rozkazu króla, znaczy, że nadal szukają Czarnych, przesłuchują i torturują, póki któryś nie umrze z wycieńczenia. Przysunął się do drzwi po przeciwnej stronie. Uznał, że nie ma zamiaru czekać, aż go zabiją i ucieknie. Szarpnął za klamkę, jednak drzwi nie otworzyły się. Był zamknięty, bez drogi ucieczki. Miał jednak jeszcze ostrze, a także marne szanse w walce ze względu na ranę.
- Taki król a grosza mu szkoda! Tfu! - splunął handlarz. Templariusze spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Chwycili go za kubrak i rzucili o ziemię. Jeden wyciągnął broń, ale ten drugi go powstrzymał. Uznał, że nie zasługuje na śmierć, ale na pobicie już tak. Po wszystkim facet długo nie mógł się pozbierać.
                  Podeszli do powozu i szarpnęli za klamkę. To wejście też było zamknięte. John miał wrażenie, że jego modły zostały wysłuchane. Szybko zmienił zdanie, gdy mężczyźni znaleźli klucz w fartuchu leżącego. Czarny postanowił zaatakować od razu, jak otworzą. Odliczał sekundy do starcia, lub swojej śmierci.
                  Gdy drzwi się otworzyły, John wyskoczył na templariusza. Wcześniej najpierw sprawdzał, czy ukryte ostrze wysuwa się poprawnie. Tym razem zapomniał. Nie wysunęło się.

Obserwatorzy