sobota, 4 lutego 2017

[03] Po co wzięłaś to dziecko?


       Palenie czarownic odbywało się średnio raz w miesiącu, szczególnie na północy kraju. Brało się to stąd, gdy wyznawcy świętego Lamara próbowali nawracać niewiernych. Wszystko zaczęło się, gdy imigranci z Borgarvika osiedlali się na terenach Voprain. Wierzyli w Forkana, Pana Księżyca. Wiele nazywa ich dzikusami, głównie przez podejście do życia, wygląd, czy obyczaje. W każdą pełnię składają krwawą ofiarę swojemu Bogu, dziękując mu w ten sposób za stworzenie nocy. To była ich ulubiona pora dnia, odpoczynku i zabaw. W miastach trwało życie nawet w późnych porach, nie to, co tutaj.
        Choć oficjalnie Voprain jest wolnym państwem, nie ma tu zbyt wielkiej swobody religijnej. Zakon nawraca heretyków. Zdarzają się też tacy, którzy nigdy nie zmienią swoich poglądów. Ich los jest przesądzony.
         Czarna Straż od wielu lat walczyła z władzą, nie tylko polityczną, ale i kościoła. Choć są brutalni i mordują bez skrupułów, nigdy nie atakują cywili. Są po stronie wolności, a nie dyktatorskiego rygoru władz.
          Tego popołudnia John i Evelyn wybrali się na rynek w Swynlake. Oboje nienawidzili inkwizycji stworzonej przez fanatyków Lamara. Ich celem było uwolnienie ludzi innej wiary, bo jakim prawem ktoś mówi, jak mają żyć?
         Rynek był zatłoczony z każdej możliwej strony. Po środku znajdowało się miejsce platformy, do której wbito cztery pale. Każdy z nich był otoczony słomą i drewnem. Powyżej znajdowała się ofiara, która tego samego dnia miała spłonąć.
         Czarni wspięli się zwinnie na dach jednego z budynków i niezauważeni analizowali sytuację. Evelyn postawiła sprawę jasno. Wmieszać się w tłum i zaatakować z ukrycia. John natomiast wolał wskoczyć na platformę i jawnie uderzyć. W ten sposób mógłby pozbyć się fanatyków i uwolnić cywili, a następnie uciec z miejsca zbrodni.
- Zaatakuję z ukrycia, wtedy dobijesz resztę i razem uwolnimy cywili. - zaproponowała Evelyn chcąc uzyskać aprobatę przyjaciela. On jedynie kiwnął głową, jakby miało się to udać.
- Co ze strażą? - zapytał wskazując na garść uzbrojonych ludzi.
- Stoją za tłumem, zrobimy zamieszanie. Nie zdążą się przedrzeć.
- Jak uciekniemy?
- Będziemy improwizować. - odparła zakładając swój czarny obszerny kaptur na głowę. - Prowadź, bracie.
          John uśmiechnął się pod nosem i założył kaptur. Poprawił pasek na nadgarstku i wysunął z niego ukryte ostrze, sprawdzając, czy konstrukcja działa poprawnie. Gotowy do działania zeskoczył do stogu siana obok budynku. Podniósł się i otrzepał płaszcz. Nawet przed zabójstwem musiał wyglądać elegancko.
           Po chwili czynność powtórzyła dziewczyna. Zeskoczyła rozkładając ręce na boki, zdążyła jeszcze obrócić się w powietrzu i wylądować na plecach. Po chwili zaczął się spektakl, a ona stała się niewidoczna mieszając się w tłum ludzi.
- Ci, którzy żyją wśród obłudy i grzechu, nie będą godni dostąpienia życia wiecznego wśród naszego jedynego Pana miłosiernego.
           Gdy Eve dostrzegła brata w pierwszym rzędzie, przygotowała się do ataku, który miał być dla niego sygnałem. Nie bała się atakować, choć przez jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz.  
- Spójrzcie, co herezja robi z ludźmi! - krzyknął kolejny zakonnik.
           Dziewczyna spojrzała, ale nie dostrzegła nic nieludzkiego. Ludzie, których przywiązano na pal płakali, byli przerażeni, ale dzielnie modlili się do swojego Boga.
          Wtedy trzech zakonników uniosło płonące pochodnie, zbliżając się do ofiar. Jedna kobieta zaczęła rozpaczliwie krzyczeć i szarpać się.
- Proszę nie, jeg ber! - mówiła w swoim języku, a ludzie tylko zachęcali do jej śmierci. W Eve zagotowała się niewyobrażalna złość. Chwyciła sztylet i podeszła bliżej.
- Święty Lamar was ocali, jeśli będziecie godni. Ave Lamar misericors. - po tych słowach zaczął modlitwę, to był dobry moment na śmierć.
           Gdy pochodnie zostały uniesione, Evelyn wycelowała sztyletem i rzuciła w zakonnika. Ostrze przebiło mu czaszkę, a on sam upadł upuszczając ogień. Wśród tłumu zaczęła się panika i niedowierzanie.
            John zdążył wskoczyć na platformę, rzucając się na kolejnego. Skoczył na niego i oboje upadli. Wysunął ukryte ostrze i przeciął gardło swojej ofierze. Jeden z fanatyków rzucił się na niego z pięściami i kopnął dwa razy.
            W tym samym czasie Evelyn zdążyła się przedrzeć przez tłum. Słyszała za sobą zgrzyt zbroi strażników, ale nie przejęła się nimi. Ilość uciekających osób powinna skutecznie spowolnić ich reakcję.
             Dziewczyna doskoczyła do mężczyzny obezwładniającego jej przyjaciela, wbijając mu ukryte ostrze w plecy. Zawył głośno, a wtedy rozległ się krzyk. Leżące pochodnie rozprzestrzeniły ogień, tak, że siano zaczęło płonąć. Mieli mało czasu, zarówno cywile, jak i Czarni.
- Zostaw go już! - krzyknęła Eve widząc Johna, okładającego pięściami zakonnika i ruszyła w stronę związanej kobiety. Zatrzymała się tuż przed ogniem, na szybko oceniając sytuację. Obeszła ją od tyłu starając się unikać ognia. Wskoczyła na pal i sztyletem przecięła więzy. W tej samej chwili John zrobił to samo, w ten sposób uwolnili dwie osoby.
              Kobieta była tak przerażona, że rzuciła się na Evelyn, dziękując w swoim języku. Ona jednak nie miała na to czasu. Odepchnęła ją i ruszyła do następnej osoby.
              Na platformę wskoczyła jakaś kobieta. Rzuciła się na ciało zmarłego zakonnika, którego zabił John. Oboje pomyśleli, jak głupio postąpiła, rzucając się w centrum walki, ale rozumieli też ile ten człowiek mógł dla niej znaczyć.
             Tuż za nią wpadło czterech strażników. Evelyn rzuciła w jednego sztyletem, ale chybiła. Odsunęła się i przygotowała ukryte ostrze do walki. Oboje zostali otoczeni przez uzbrojonych mężczyzn.
             Nie mieli dokąd uciec, nawet gdyby próbowali zostaliby zaatakowani. Byli osaczeni, co zaczęło powoli dołować chłopaka. Postanowił wykorzystać okrutnie zrozpaczoną kobietę dla szansy przeżycia.
             Chwycił ją i podniósł przyciskając do piersi. Ułożył ostrze tuż przy jej gardle.
- Pozwólcie odejść dziewczynie, a obejdzie się bez ofiar. - powiedział chłopak wiedząc, jak cenna jest Evelyn, nie tylko dla niego, ale i dla całego Czarnego Bractwa.
- Nie! Zostaw ją! - oboje usłyszeli dziecięcy głos. Zza strażników wyłoniła się mała dziewczynka. Evelyn zrozumiała, że mogła być córką kobiety. Gdy młoda pobiegła w ich stronę, niemalże wywracając się, Eve przechwyciła ją. Trzymała ją na rękach, gdy ta próbowała się wyrwać. Nie chciała grozić dziecku, ale nie widziała lepszej opcji.
- Wypuście nas, a obie przeżyją. - dodała dziewczyna. Strażnicy parsknęli śmiechem.
              Nagle John zawył z bólu. Gdy spojrzała na niego, dostrzegła strzałę wbitą w jego udo, po czym zauważyła strażnika z łukiem na jednym z dachów. Wtedy John ignorując ból, poderżnął kobiecie gardło, a jej ciało rzucił w stronę strażników. Jeden z nich odruchowo złapał kobietę, co na chwilę zdyskwalifikowało go jako przeciwnika. Czarny rzucił w kolejnego sztyletem, trafiając w jego tchawicę. W tym samym momencie podjął się ucieczki. Ranny zaczął biec najszybciej, jak mógł w wąską uliczkę.
              Evelyn postąpiła podobnie, zabierając dziecko ze sobą. Zaczął się pościg. Wbiegła w to samo miejsce, co jej przyjaciel. Z dzieckiem na rękach, zrzucała wszelkie doniczki z kwiatami z parapetów, wywracała krzesła i przewracała ludzi, wszystko by spowolnić strażników.
              Po pięciu minutach biegu, zauważyła jak John wpada do jakiegoś budynku. Szybko wbiegła za nim, zastając go leżącego na podłodze. Zatrzasnęła drzwi i upadła z dzieckiem tuż przy nim. Zasłoniła dłonią usta dziewczynki, tak by nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Czuła, jak łzy spływają po jej policzkach. Patrzyła w okno tak długo, aż zobaczyła strażników, którzy biegli przed siebie. Zgubili ich.
- Muszę znaleźć lekarza. - powiedziała Eve ze łzami w oczach, na widok zmasakrowanej nogi. Była przebita, a od biegu jeszcze bardziej rozszarpana. John uciskał ją, tamując krew.
- Po co wzięłaś to dziecko? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
- Zabiłeś jej matkę...
                Dziewczyna wstała i podeszła do szafek. Zaczęła wyrzucać z nich po kolei rzeczy w poszukiwaniu medykamentów. Znalazła bandaże, korę, liście szałwii i czosnek. Postanowiła zrobić z tego maść na uśmierzenie bólu i dezynfekcję rany.
- Nie miałem innego wyjścia, Eve.
- Bądź już cicho. - podeszła do niego, gdy maść była gotowa. Uklękła tuż przy nim i chwyciła za strzałę. Musiała ją wyjąć nie wahając się. Gdyby zrobiła to wolno bez użycia maksymalnej siły, John cierpiałby o wiele bardziej. Po chwili rozległ się krzyk, a świat zawirował dookoła niego. Czuł niewyobrażalny ból, jakby ktoś go rozrywał na kawałki. Zamknął oczy tracąc resztki świadomości.

               Obudził go ból, był pewny, że Evelyn amputowała mu kończynę. Spojrzał w dół zastając przesiąknięty ziołami bandaż. Nie było też śladu krwi, był pewien, że jego siostra zaszyła mu ranę. Czuł lekkie odrętwienie i mrowienie, znaczy, że zrobiła to dobrze. Jęknął próbując wstać, co zwróciło uwagę dziewczyny.
- Mówiłeś, że to ja będę miała przesrane w walce?
- Żyjesz tylko dlatego, że odwróciłem ich uwagę. - wymamrotał pod nosem. - Lepiej mi powiedz, co zrobimy z tym dzieckiem.
- Porozmawiałam sobie z nią i powiedziała mi, że ta kobieta była jej ciotką. Pod jej opieką miała nauczyć się czytać i pisać w zakonie.
- Czyli zabiłem jedną z fanatyczek? Teraz będzie mi się lepiej spało.
               Eve poczuła dreszcz, jaki przeszedł dziewczynkę. Przytuliła ją lekko.
- Zabiłeś fanatyka, który był jej narzeczonym. Kobiecina nic złego nie zrobiła.
- No dobra, przepraszam. Co jeszcze?
- Mała ma na imię Kate i ma sześć lat. Ma brata w Esboro.
- Zatem musimy ją tam odstawić. - zamilkł na chwilę. - Zaraz.. Esboro? To przecież trzy dni drogi stąd. Prędzej wykituję.
- Dlatego znalazłam kupca, który zabierze cię do Awen, a ja zabiorę ją do Esboro.
              Awen było siedzibą Czarnej Straży, znajdowało się w północno-zachodnim Voprain. Jeśli Czarny ma się czuć bezpiecznie to tylko tam. John pokręcił głową.
- Zostawiłaś mnie tu i poszłaś szukać kupca? Wiesz, co by było, gdyby ktoś cię złapał?
- Umarłbyś z tęsknoty. - zadrwiła z niego. - Już zapłaciłam za transport. Jak cię zabiorą, nazywasz się Russel Dumbhorse i masz farmę porów. Zaatakował cię jastrząb.
- Naprawdę? Mam się nazywać głupi koń? To kara za wszystkie moje żarty, prawda? - zaśmiał się pod nosem.
- Poczekaj na żarty handlarza, wymyśla świetne na poczekaniu.
- Żarty pod gołym niebem? Jak romantycznie.

                Evelyn zapewniła, że wróci do Awen, zaraz po odstawieniu małej Kate do brata. Dopiero wtedy John przestał marudzić i odjechał powozem z kupcem, który grzeszył swoją żartobliwością na temat chłopaka. Dziewczyna schowała w płaszczu trochę jedzenia i ruszyła z dzieckiem na południe. Tak naprawdę mogła ją zostawić, choćby w Swynlake, ale czuła się za nią odpowiedzialna przez to, co zrobił John. Poza tym polubiła małą blondynkę o zielonych oczach.
- Nie musisz się bać Johna. Twoja ciotka jest teraz szczęśliwa, spoczywa w pokoju.
               Kate pokręciła głową, ale wydawała się rozumieć, że śmierć jest czymś naturalnym.
- Brat opowiadał mi, że ludzie są szczęśliwi po śmierci i opiekują się nami.
- Ma rację. A co z twoimi rodzicami?
- Moja mamusia jest szczęśliwa i się mną opiekuje. - spuściła głowę. - Tatusia nigdy nie było w domu.
- Przykro mi.
- A twoi rodzice? - uniosła szklące oczy w stronę Eve. Przeszedł ją dreszcz i jednocześnie niechęć. Nigdy nie chciała drążyć tego tematu, ale zna dzieci. Jeśli nie odpowie, czeka ją jeszcze więcej pytań.
- Moja mama też jest szczęśliwa w niebie, a ojca nie mam.
- A brata?
- Mam siostrę.
- Też zawsze chciałam mieć siostrę, ale brata też kocham. Jaka jest? - Kate odparła z uśmiechem na twarzy.
- Zadajesz strasznie dużo pytań, jak na sześciolatkę.
- Mam sześć i pół! - powiedziała z naburmuszoną miną, co wywołało uśmiech na twarzy Eve.
- A ja szesnaście. I jak to przebijesz?
                 Dziewczyna uświadomiła sobie, że dziś ma urodziny, a jedyne, co ją spotkało to śmierć, postrzał przyjaciela i przypadkowe dziecko na drodze. Zaczęła się zastanawiać, czy tylko ją spotykają takie niespodzianki. Tak naprawdę nigdy nie zaznała pełnego szczęścia, jej życie było trudne. Gdy inne dzieci się bawiły, ona uczyła się żyć w cieniu. Z każdym rokiem napływały jej nowe zajęcia. Nauczyła się przetrwania w nieprzyjaznym świecie, potrafi się wspinać, ale też umie czytać i pisać. Była traktowana inaczej niż jej bracia z Czarnej Straży. Pomimo zdolności, które opanowała, zabroniono jej dołączać do Bractwa poprzez naznaczenie. Polegało to na wytatuowaniu lub odciśnięciu rozżarzonym ogniem znaku Bractwa na skórze. Pomimo zapewnień, że akceptują ją w swoich szeregach, nigdy w stu procentach nie czuła się jedną z nich.

                Johna obudził obcy donośny głos. Spał w zamkniętym powozie, a na zewnątrz panowała noc. Doprowadziło to do chwilowej dezorientacji. Wyjrzał dyskretnie zza zasłony i ujrzał dwóch uzbrojonych gości. Wyglądali na templariuszy, choć nie mieli charakterystycznych znaków krzyża.
- Umawialiśmy się na więcej! - krzyknął handlarz. John napiął mięśnie, wyczuwał tutaj zasadzkę.
- Weźmiesz tyle i ani grosza więcej.
- Panie, to przecież oszustwo i rabunek! Tak się nie godzi!
- Taki był rozkaz króla, a teraz zabieraj się stąd.
                Króla? Pomyślał chłopak. To znaczyło tylko jedno. Został oszukany i sprzedany za marną sumę. Jeśli coś jest z rozkazu króla, znaczy, że nadal szukają Czarnych, przesłuchują i torturują, póki któryś nie umrze z wycieńczenia. Przysunął się do drzwi po przeciwnej stronie. Uznał, że nie ma zamiaru czekać, aż go zabiją i ucieknie. Szarpnął za klamkę, jednak drzwi nie otworzyły się. Był zamknięty, bez drogi ucieczki. Miał jednak jeszcze ostrze, a także marne szanse w walce ze względu na ranę.
- Taki król a grosza mu szkoda! Tfu! - splunął handlarz. Templariusze spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Chwycili go za kubrak i rzucili o ziemię. Jeden wyciągnął broń, ale ten drugi go powstrzymał. Uznał, że nie zasługuje na śmierć, ale na pobicie już tak. Po wszystkim facet długo nie mógł się pozbierać.
                  Podeszli do powozu i szarpnęli za klamkę. To wejście też było zamknięte. John miał wrażenie, że jego modły zostały wysłuchane. Szybko zmienił zdanie, gdy mężczyźni znaleźli klucz w fartuchu leżącego. Czarny postanowił zaatakować od razu, jak otworzą. Odliczał sekundy do starcia, lub swojej śmierci.
                  Gdy drzwi się otworzyły, John wyskoczył na templariusza. Wcześniej najpierw sprawdzał, czy ukryte ostrze wysuwa się poprawnie. Tym razem zapomniał. Nie wysunęło się.

wtorek, 24 stycznia 2017

[02] Wszystkiego najlepszego.


Darwell  
     Od masakry w Darwell minęło szesnaście lat, a mimo to jej skutki są odczuwalne po dzień dzisiejszy. Trwa nieustanna wojna pomiędzy templariuszami, a Czarną Strażą. To właśnie oni dokonali ataku na stolicę, dokonując egzekucji setek ludzkich istnień. Monarcha wydał jeden rozkaz, który mówił o wytępieniu Czarnych w obawie przed ponowną tragedią. Z czasem ograniczono liczebność płatnych zabójców, ale nigdy nie odnaleziono morderców Lenory, ukochanej żony Josepha, ani ich drugiej córki.
      Mężczyzna mając już trzydzieści osiem lat i widoczne pojedyncze siwe włosy, nadal czuł poczucie winy i szczenięcą miłość do kobiety, która dała mu dziecko. Nie było to godne zachowanie osoby w tym wieku, a już szczególnie władcy. Uważano to za oznakę słabości, a szlachta miała już dość jego skłonność do rozpamiętywania przeszłości. 
      Codziennie przychodził do swojego gabinetu i przyglądał się portretowi zmarłej żony. Uwielbiał podziwiać jej długie blond włosy, błękitne oczy i delikatne rysy twarzy. Posiadała wszystkie charakterystyczne cechy Beauclarków. Była przeciwieństwem Josepha. Czarne włosy, zielone oczy, ostre rysy twarzy były zdecydowanie domeną Chalvinów. 
- Była taka piękna. - powiedział słysząc, jak skrzypienie drzwi przerywa mu codzienny zwyczaj. 
- Tak jak wasza córka, panie. - odpowiedział namiestnik podchodząc bliżej. - Prosiła byś do niej dołączył, chciała zamienić słowo. 
- Oczywiście. Daj mi dosłownie chwilę.
       Namiestnik skinął głową i wyszedł z pomieszczenia, widząc rozczulenie swojego pana. On się nigdy nie pozbiera, pomyślał. 

      Tymczasem w głównej sali trwało przyjęcie i jednocześnie zjazd rodzinny. Tego dnia księżniczka Jennifer Anne obchodziła szesnaste urodziny, na których miała poznać swojego przyszłego męża. Beauclarkowie nie mogli przegapić tego szczególnego dnia, w końcu nadal mieli ostatnie zdanie w polityce Voprain. 
       Z dumą podziwiali piękną burgundową suknię, aż po samą ziemię ze wszytą koronką powyżej pasa. Całość idealnie komponowała się z jej drobną postawą. Coraz bardziej przypominała dojrzałą kobietę. Posiadała długie czarne włosy Chalvinów, które podkręciła, jak to miała w zwyczaju oraz błękitne oczy Beauclarków. Była mieszanką wspaniałych rodów, a cechy matki wróżyły jej sukcesy w przyszłości.
       Jej wybrankiem okazał się Albert Vanderbilt, jednocześnie stając się przyszłym królem. Jego rodzina prowadziła interesy we Flatston, ale nigdy nie wyróżniała się niczym szczególnym wśród szlachty. Krążą plotki, że Joseph chciał ograniczyć władzę Beauclarków poprzez zwiększenie władzy Vanderbiltów, jednak nigdy nie potwierdził tego oficjalnie.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak jestem szczęśliwy przebywając tu z tobą, moja pani. - Albert szepnął do ucha swojej przyszłej wybrance. Po chwili chwycił ją za dłoń i ucałował. Jennifer Anne uśmiechnęła się szeroko, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. Urzekły ją jego słowa, a myśl, że może spędzić z nim życie i słuchać podobnych rzeczy póki śmierć ich nie rozłączy, wprawiła ją w nie lada zachwyt. 
- Powinieneś koniecznie poznać moich dziadków, Williama i Elizabeth. Ich przychylność przyniesie ci ogromną korzyść. 
- Zaimponować Beauclarkom będzie, jak przeniesienie góry lodowej. Czy potrzebuję lepszej zachęty? - zaśmiał się cicho. 
- Mówisz dokładnie, jak mój ojciec. A skoro o nim mowa.. - przerwała widząc, jak wchodzi do ogromnej sali. - Muszę z nim pomówić. 
- Poczekaj. Mam coś dla ciebie. - wsunął dłoń w kieszeń marynarki i wyciągnął z niego lśniący naszyjnik. - Mogę? 
        Dziewczyna skinęła głową i odwróciła się. Gdy Albert odsunął jej włosy, a naszyjnik dotknął jej skóry, przeszedł ją przyjemny dreszcz. 
- Diament, piękny i wyjątkowy, jak ty. - dodał. - A teraz pozwolę udać ci się do ojca. - uśmiechnął się i ukłonił, gdy dziewczyna odwróciła się w jego stronę. 
- Dziękuję ci. - odparła, czując kolejny rumieniec na swojej twarzy. Patrzyła jeszcze przez chwilę na prezent, po czym wodziła wzrokiem po sali w poszukiwaniu ojca. 
       Gdy go znalazła, podeszła pewnym krokiem z szerokim uśmiechem na twarzy, eksponując otrzymany dar. Będąc wystarczająco blisko Joseph rozłożył ręce i rzekł. 
- Wszystkiego najlepszego, Jennifer. 
- Dziękuję. - przytuliła go mocno i spojrzała w jego smutne oczy. - Wiem, że to nie jest twój ulubiony dzień, ale dziękuję, że przyszedłeś. 
- Co ty mówisz... Twoje urodziny zawsze będą moim ulubionym dniem, choć martwi mnie, jak szybko dorastasz. 
- Zawsze będę twoją małą i ukochaną córką, nawet jak zostanę królową, ale nie martw się.. Nie będę się o to gniewać. 
- A jak ci się podoba Albert? Jeśli ci nie odpowiada to zawsze mogę znaleźć kogoś.. 
- Jest cudowny. - przerwała mu. - I bardzo hojny. 
- Właśnie widzę, to diament? - zapytał widząc podarunek. - Tylko uważaj, żeby cię nie próbował przekupywać. Ma cię szanować i kochać. 
- Tak będzie, obiecuję ci. Chcesz z nim porozmawiać? 
- W zasadzie miałem zamiar porozmawiać z jego rodzicami o ewentualnych szczegółach waszej przyszłości. A wy.. cieszcie się sobą póki udaję, że nie widzę. 
        Jennifer uśmiechnęła się i pocałowała ojca w policzek. 
- Dziękuję. 

****
Swynlake
      Swynlake. Miasto położone w północno-wschodniej części kraju, przy potężnym jeziorze Victorii, tworzącym granicę pomiędzy Voprain a Borgarvikiem. Ludność z południa raczej unika tego miejsca ze względu na niskie temperatury, które nawet latem nie mogą się równać z klimatami południowych rejonów. Mimo panującej surowości, jest tu niezwykle pięknie. Ogromne jezioro dookoła którego gromadzą się lasy iglaste otulające wysokie góry, to tylko jedne z wielu smaczków tego miejsca. 
      Miasto zarabia głównie przez prowadzenie największego targu rybnego w kraju, a także manufaktury przepysznego miodu pitnego. To właśnie tutaj Borgarwijczycy przedzierają się przez wody, by móc skosztować i delektować się smakiem pijaństwa. 
      Kolejną zaletą tego miasta jest to, że jest tu bardzo mało świątyń, a co za tym idzie templariuszy. Właśnie dlatego północ wydaje się najlepszym miejscem na egzystowanie Czarnej Straży. 
      Tego dnia odbywał się trening dwóch członków Czarnych w piwnicy jednego z opuszczonych domów kilka minut od centrum Swynlake. Dla bezpieczeństwa nie nosili czarnych strojów, ale zwykłe odzienie. Templariusze chwytali każdego, kto wyglądał podejrzanie. Czarni chcąc zachować tradycję nosili jedynie czarne płaszcze z obszernym kapturem, co kojarzyło się ludziom z kapłanami świętego Lamara, niż zabójcami.
- Wyjdź i walcz, a nie tchórzysz. - odparł donośnie John, szukając dziewczyny między szafkami a beczkami po piwie. Do niektórych nawet zaglądał, ze złudną nadzieją odnalezienia swego celu.
      Usłyszał dźwięk kroków, a potem zdało mu się, że słyszy czyjś oddech. Odwrócił się na pięcie i rozległ się tupot. Ruszył przed siebie do najciemniejszego kąta w piwnicy. W tej samej chwili z ciemności wyłoniła się postać, która chwyciła go i zamachnęła się pięścią.
      John zdążył zareagować blokując atak przeciwniczki. Złapał ją za przedramię i rzucił w stronę ściany. Dziewczyna zdążyła się od niej odbić i wyprowadzić kopniaka w kierunku czarnego. Ten jednak podciął jej drugą nogę doprowadzając do upadku. Pozwalając sobie na chwilę satysfakcji skoczył na dziewczynę wysuwając ukryte ostrze z rękawicy. Zamknęła odruchowo oczy, a gdy je otworzyła dostrzegła ostrze kilka centymetrów od swoich oczu.
- Po co wybiegasz do swojej ofiary? Po to się ukrywasz żeby atakować z zaskoczenia. - zapytał John schodząc z dziewczyny i pomagając jej wstać.
- Chcę się nauczyć walczyć, nie bać się, że ktoś mnie zobaczy i zaatakuje pierwszy.
- Jesteś sprytna, chowasz się lepiej niż ja. Idź w tym kierunku.
- Jeśli zaatakuje mnie uzbrojony templariusz dam mu znać, że słabo walczę. Na pewno da mi czas by się ukryć.
- Młoda jesteś, wszystko przed tobą. - poczochrał ją po głowie, wprawiając w nieład jej czarne proste do ramion włosy. - Poza tym widzę przed nami świetlaną przyszłość. Jest bliżej niż myślisz.
- Tak? A cóż to za przyszłość? Tylko nie mów, że zakładasz burdel, bo ostatnio jak...
- Dawno i nieprawda. - wtrącił John z naburmuszoną miną. - Myślałem o pójściu na rynek, podobno palą czarownice. No, a co ważniejsze rozdają miód do degustacji.
- Palenie czarownic? Niech zgadnę. Kolejny śmieszny rozkaz króla? - zapytała idąc w stronę wyjścia.
- W zasadzie to król podobno nie ma z tym nic wspólnego. Za to wyznawcy Lamara robią jakąś lamarską inkwizycję i nawracają opętanych. - odparł dotrzymując jej kroku.
- To zupełnie tak, jak my. - powiedziała wysuwając ostrze z rękawicy. - Cóż.. prawie.
- My walczymy o wolność, oni o zmniejszenie przyrostu naturalnego.
- To może zrobimy widowisko i uwolnimy heretyków? - spojrzała na niego sugestywnie. - To znaczy czarownice, ma się rozumieć.
- Kusisz.. A co mi tam. Chodźmy, tylko... nie daj się zabić. - poklepał ją po plecach.
- Będę zajęta osłanianiem cię, co byś sobie krzywdy nie zrobił, szefie.
       John burknął pod nosem, a wtedy dziewczyna przyspieszyła mijając go.
- Evelyn!
       Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego unosząc brwi.
- Wszystkiego najlepszego. - dodał, po czym widząc jej uśmiech ruszył naprzód.


___________________________________
Trzecia osoba jednak wygrała, pierwsza okazała się porażką. Może i dobrze.. Uznałam za świetny pomysł skupienie się na ogóle, a nie jednej postaci, choć będą pupilki.
Swoją drogą nadal nie umiem wtryniać opisów, tak żeby było logicznie, więc no.. Opis Johna i Evelyn w kolejnym rozdziale lub w zakładce "bohaterowie" (oczywiście, jak dodam).
To chyba tyle.
Dziś wyjątkowo spokojnie i bez mordów.


       

Obserwatorzy